Wiedźmińskie

Siedliszcze

Wiedźmin: Zmora Wilka – recenzja filmu anime od Netflixa

Wiedźmin: Zmora Wilka to próba opowiedzenia historii młodości Vesemira oraz tego, jak doszło do niemal całkowitego pogromu wiedźminów z Kaer Morhen. Wizualnie widowiskowa, miejscami nawet ciekawa w podejściu do tematu, ale finalnie jednak zbyt przekombinowana i zmieniająca całkiem kontekst wydarzeń znanych z książek. Zapraszam do pełnej recenzji filmu.

Będący filmem anime Wiedźmin: Zmora Wilka to swoisty spin-off, który jest jednocześnie prequelem, mającym przygotować nas w pewnym stopniu na początek drugiego sezonu serialu.  Historia cofa się bowiem względem książek o dobre 100-200 lat, by przedstawić nam młodość Vesemira – mentora i przybranego ojca Geralta. Wraz z bohaterem zmienia się naturalnie także plansza wydarzeń – na Kontynencie roi się od potworów, a Wiedźmińskie Siedliszcze tętni życiem i pełną parą szkoli przyszłych zabójców potworów.

Wizualia

Za artystyczną i techniczną stronę animacji odpowiada pochodzące z Korei Południowej Studio Mir, które ma na swoim koncie takie produkcje jak chociażby Legenda Korry czy DOTA: Dragon’s Blood. Jako osoba słabo (a wręcz wcale) zaznajomiona z tym gatunkiem, nie jestem niestety w stanie napisać o niej zbyt wiele. Nie trzeba być jednak znawcą tematu, by zauważyć w animacji azjatyckie wpływy oraz styl przywodzący na myśl m.in. Castlevanię. Sprawia to, że dzieło jest wizualnie znacznie inne niż to, do czego przyzwyczaiły nas gry polskiego studia. Sceny walki z latającym i wywijającym mieczem dzikie pląsy Vesemirem są widowiskowe i efekciarskie, a sama magia (nawet ta wiedźmińska) prezentuje się zdecydowanie potężniej. Przy Aardzie czy Igni Vesemira, to Vilgefortz może się chować. Jeśli komuś taka konwencja nie przeszkadza, to z pewnością doceni pozostałe walory estetyczne animacji, wśród których można wymienić choćby klimatyczne i malownicze scenerie czy wspomniane już wcześniej gęste od akcji starcia. Jeśli miałbym się tu do czegoś specjalnie przyczepić, to z pewnością do projektów potworów, które wyglądają dość dziwacznie i wybitnie „nieswojo”.

Zmiany, zmiany, zmiany…

Przejdźmy jednak do tego, co po pierwszym sezonie Wiedźmina budziło we mnie największe obawy, czyli do scenariusza oraz tego, jak ma się on do wydarzeń opisanych (szczątkowo ale jednak) w książkach. Ostrzegam, że w poniższych akapitach mogą pojawić się od czasu do czasu SPOILERY. Będąc świadom, że za historię Zmory Wilka odpowiadają Lauren S. Hissrich oraz Beau DeMayo, wiedziałem względnie, czego mogę się po niej spodziewać. I powiem Wam, że mogło być gorzej. Miałem nawet wrażenie, że bawię się lepiej niż przy serialu, a dziwne zmiany i głupotki nie kłują aż tak bardzo w oczy. Nie wiem tylko, czy to kwestia pewnej nabytej już „odporności” na wymysły Lauren et consortes, czy może jednak tego, że półtoragodzinna animacja nie ma tej samej wagi, co aktorski serial z dużym budżetem. Wracając jednak do tematu, w zamierzeniu twórców Zmora Wilka miała odpowiedzieć na pytanie, jak doszło pogromu w Kaer Morhenm a także w jaki sposób pogrom ten przeobraził cech wiedźminów oraz samego Vesemira.

Młody Vesemir to bowiem całka inna postać niż ta, którą znamy z książek i gier. W żadnej mierze nie przypomina też Geralta. Bo choć Biały Wilk także nie stronił od cynizmu, to stosował go raczej jako maskę, za którą odcinał się od społeczeństwa i ukrywał swoje emocje. Vesemir tymczasem to nastawiony wyłącznie na zysk i wygody cwaniakowaty żartowniś, dla którego wiedźmiństwo to tylko sposób na szybkie wzbogacenie się i zostanie „kimś”. Swoje obowiązki wykonuje bez żadnego poczucia misji, a moralność jest dla niego tylko przeszkodą w interesie Nie wzbrania się natomiast przed krętactwem, by móc „nakręcić sobie biznes”. Nie dba również o szkolonych w murach Kaer Morhen adeptów. I choć może to wszystko brzmieć jak zarzut wobec scenarzystów, tak mogę powiedzieć, że metamorfoza Vesemira jest w sumie dobrze wpisana w historię i całkiem zgrabnie koresponduje z zakończeniem filmu.  Co więcej, film przedstawia nam również retrospekcje z dziecięcych lat wiedźmina, w których możemy lepiej poznać jego motywacje.  I o ile odmienny charakter głównej postaci jestem w stanie zaakceptować, tak radykalna zmiana wizerunku całego cechu wiedźmińskiego to już trochę inna sprawa.

Wiedźmina, albo skurczybyka opisanie

Wiedźmini w animacji Netflixa nie mają bowiem zbyt wiele wspólnego ze swoimi książkowymi czy growymi odpowiednikami. Nie przypominają rozważnych i opanowanych profesjonałów, którzy trzymają się na uboczu i starają się robić swoje za nędzne grosze. Mamy tutaj za to do czynienia z głośną bandą śmieszków i birbantów, skupiających się głównie na tym, w której karczmie i burdelu przepuścić zarobione złoto. Metodologia ich pracy również pozostawia wiele do życzenia, o czym wspomniałem już przy okazji Vesemira. Nic dziwnego, że ich zachowanie budzi zastrzeżenia nawet na królewskim dworze w stolicy Kaedwen. Nasuwały mi się nawet pewne skojarzenia z Templariuszami czy nawet Krzyżakami, których obecność zaczęła z czasem stawać kością w gardle kolejno władcom Francji i Polski. I ja rozumiem, że twórcy chcieli pokazać kontrast między okresem, gdy wiedźmini byli silną i liczną organizacją, a czasem późniejszego rozbicia. Rozumiem też, że musieli pokazać proces kumulowania się niechęci i nienawiści do zabójców potworów. Ale droga, którą wybrali scenarzyści całkiem wypacza obraz wiedźminów z książek – ich styl bycia, podejście do życia oraz to kim byli dla społeczeństwa.

Odniosłem wręcz wrażenie, że w filmie wiedźmiństwo zostało potraktowane raczej powierzchownie jako tylko i wyłącznie sposób zarabiania na życie. Bo chociaż widzimy, że młodzi chłopcy przechodzą morderczy trening (idiotyczny wręcz, bo jak nazwać posyłanie ich na pewną śmierć) oraz Próby, to ciężko stwierdzić, czy w jakiś sposób wpływa to na ich psychikę.  Największa różnica zaszła jednak na polu uprzedzeń do zabójców potworów. U Sapkowskiego wynikały one z odmienności wiedźminów, z ich nadludzkich zdolności oraz faktu, że niejako „zarabiają na ludzkim nieszczęściu”. W Zmorze Wilka tymczasem dostajemy historię tego, jak wiedźmini za pomocą mutagenów tworzą nowe monstra, by nie stracić źródła zarobku.

Jeden z pierwszych eksperymentów przeprowadzają na młodej elfiej czarodziejce Kitsu, której geny mieszają z genami mary. Próba wymyka się jednak spod kontroli i wiedźmini porzucają elfkę na pewną śmierć. Ta jednak miast umrzeć, staje się w wyniku mutacji półmarą – istotą o niezwykle potężnych zdolnościach w zakresie magii i iluzji. Nie można nie odnieść wrażenia, że cała historia była dość mocno inspirowana „Sezonem Burz”. Wiedźmińskie tworzenie potworów ewidentnie zalatuje eksperymentami magów z Rissbergu, a potrafiąca zmieniać się lisicę Kitsu  to wypisz, wymaluj aguara (pochodząca notabene z chińskiej mitologii). Mimo tych naleciałości wątek półmary był w moim odczuciu niezwykle dziwaczny i pasował do realiów uniwersum jak pięść do nosa.

Wróćmy jednak do wiedźminów i ich haniebnych praktyk. Co prawda film mówi nam, że o działaniach tych wiedzieli tylko wiedźmini ze starszyzny oraz magowie-rezydenci. Sam Deglan, główny pomysłodawca i przywódca Szkoły Wilka, broni się przed oskarżeniami Vesemira, twierdząc, że stworzenie nowych potworów było koniecznością oraz jedynym sposobem na przetrwanie wiedźmińskiego cechu, a nie tylko aktem pazerności. Jak wiadomo, wiedźmini zabijając potwory, sami pozbawiają się powoli źródła utrzymania oraz racji bytu. Pozbawieni swego głównego zajęcia stają się płatnymi zabójcami, szpiegami oraz najemnikami, czym zarabiają sobie na jeszcze większą nienawiść ludu. Jak dalej twierdzi mentor Vesemira, to właśnie jeszcze tylko obecność potworów powstrzymuje pospólstwo przed dobraniem się wiedźminom do skóry. I takie argumenty są w gruncie rzeczy zasadne i logiczne. Do czasu, gdy przyłożymy je na ramy wiedźmińskiego świata, wtedy bowiem okazuje się, że koncept ten całkowicie wykrzywia książkowy obraz zabójców potworów. Wygląda to trochę tak, jakby scenarzyści przeczytali fragmenty „Monstrum albo wiedźmina opisanie” i uznali, że to całkiem rzetelna i wiarygodna publikacja, a nie pełen uprzedzeń i nienawiści pamflet.

Ostateczne rozwiązanie kwestii wiedźmińskiej

A skoro jesteśmy już przy tym temacie, to powiedzmy sobie co nieco o postaci, będącej naczelną orędowniczką starcia Kaer Morhen z powierzchni ziemi. Tetra Gilcrest, bo to o niej mowa, jest wpływową czarodziejką na kaedweńskim dworze. Szczycąc się pochodzeniem od pierwszego ludzkiego czarodzieja (co jest niezbyt zgodne z kanonem), odznacza się wyjątkowym puryzmem w kwestii magii. Będący efektem plugawych, magicznych mutacji wiedźmini są dla niej solą w oku. Niechęć do przedstawicieli Szkoły Wilka wzmagają w czarodziejce jeszcze inne, osobiste powody – nie odsłaniajmy jednak wszystkich kart. Jako antagonistka Tetra sprawdza się całkiem nieźle, chociaż fan książek raczej łatwo dostrzeże, że w kwestii wyglądu, charakteru oraz poglądów na magię jest to swoista wypadkowa Yennefer i i Tissai de Vries – z tym, że śrubkę na punkcie czystości magii ma przykręconą wyjątkowo mocno.

Przez pierwszą połowę filmu „Zmora Wilka”, mimo pewnych udziwnień oraz schematycznych rozwiązań w fabule, wypada całkiem w porządku. Przez jakiś czas Vesemir i Tetra tworzą nawet charyzmatyczny duet i można wyczuć między nimi fajną chemię. Z czasem jednak wydarzenia nabierają tempa, a wszystkie wątki postanawiają się niezbyt zgrabnie skumulować. W efekcie otrzymujemy niemożebnie nieklimatyczny atak na Kaer Morhen, w którym wieśniacy podjudzeni przez Tetrę ruszają do boju ramię w ramię z…cholerną armią potworów przyzwaną przez Kitsu. Jacyż sprytni ci scenarzyści z Netflixa, sam Sapkowski czegoś takiego by nie wymyślił. Chłopi i utopce musieli najwyraźniej dojść wspólnie do słusznego wniosku, że wróg mego wroga jest moim przyjacielem.

Słowo na koniec

Jak kończy się pogrom, wszyscy chyba dobrze wiemy. Scenarzyści nie postanowili jednak ukazać go wyłącznie jako zmierzch ery wiedźminów. Ocalały z ataku Vesimir jest świadom błędów i grzechów swych poprzedników. Na gruzach Kaer Morhen ma teraz szansę wyszkolić nową generację wiedźminów, którzy będą „czymś więcej” niż tylko płatnymi zabójcami potworów. Wśród nich jest zaś blady, łysy chłopiec, którego tożsamości się powoli domyślamy, a którą na sam koniec potwierdza głośno Vesemir.

Kończąc tę chyba nieco rozwleczoną recenzję, „Zmora Wilka” to w gruncie rzeczy porządna animacja osadzona w świecie fantasy. Strona audiowizualna nie ma się czego wstydzić, choć nie ma też tu raczej niczego, co zapadłoby na dłużej w pamięci. Jako próba rozwinięcia wiedźmińskiego uniwersum cierpi jednak na szereg problemów. Zastosowana konwencja może nie każdemu pasować do świata stworzonego przez Andrzeja Sapkowskiego. Przekręcenie charakteru wiedźmińskiego cechu wyda się pewnie wielu fanom niesmaczne. Sama fabuła, choć próbuje obrócić kota ogonem, bywa schematyczna i odtwórcza.

Boleć również może zmarnowany potencjał na gruntowne przedstawienie „złotego okresu” Szkoły Wilka oraz historii pogromu. Film, podobnie jak serial, próbuje jednocześnie złapać zbyt wiele srok za ogon, przez co główna fabuła rozmywa się w natłoku innych wątków. Całościowo animacja wypada jednak chyba korzystniej niż pierwszy sezon Wiedźmina. Każdy fan i tak pewnie obejrzy go, niezależnie od tego, jaki by nie był.