Wiedźmińskie

Siedliszcze

Wiedźmin. Szpony i kły – recenzja zbioru fanowskich opowiadań

Szpony i Kły

Będący zbiorem  konkursowych opowiadań Wiedźmin. Szpony i kły pojawił się na scenie polskiej fantastyki dość niespodziewanie, wywołując przy tym niemało kontrowersji. Jak blisko twórczości Andrzeja Sapkowskiego stoją jednak owe fanowskie prace i czy w ogóle warto sobie nimi zawracać głowę? Zapraszam do recenzji.

Wstęp

Mój początkowy stosunek do wspomnianej antologii był chłodny jak ten listopadowy poranek. I to nie dlatego, że mam coś do fanfików (zwłaszcza gdy są dobre), a raczej z powodu tego, jak Supernowa zdecydowała się wypromować i sprzedać owe dzieło. Dla kogoś nieobeznanego z tematem wystarczy bowiem jeden rzut oka na okładkę, by wysnuć wniosek, że to właśnie Andrzej Sapkowski stoi za nowo wydaną książką. Tymczasem jak głosi internetowa mądrość: „Nic bardziej mylnego”.

Choć książka tego jawnie nie sugeruje (zapewne przypadkowo), to autorem jedenastu opowiadań nie jest Mistrz, a kolejno: Piotr Jedliński, Beatrycze Nowicka, Sobiesław Kolanowski, Nadia Gasik, Katarzyna Gielicz, Barbara Szeląg, Przemysław Gul, Tomasz Zliczewski, Andrzej W. Sawicki, Michał Smyk oraz Jacek Wróbel, czyli zwycięzcy literackiego konkursu zorganizowanego przez Nową Fantastykę z okazji 30-lecia publikacji pierwszego opowiadania o Geralcie z Rivii.

Do zakupu nie zachęcała mnie również cena. Płacenie blisko pięćdziesięciu złotych za oprawione w wątpliwej jakości okładkę opowiadania nieznanych mi autorów uważałem za przesadę. Niepewny do końca swych odczuć i zamiarów wybrałem się do Empiku, by rzucić choćby okiem na pierwsze strony i przekonać się z czym mam do czynienia. Wystarczyło jednak, że przeczytałem krótkie: „Wiedźmin zatrzymał konia na szczycie wzgórza i pochylił się w kulbace”, by nostalgia się odezwała i zmusiła mnie do zakupu tego kota w worku. Kończmy jednak tę przydługą i nudną przedmowę i przejdźmy do sedna.

Zacznijmy od tego, że te jedenaście opowiadań mimo wspólnego, wiedźmińskiego ogniwa zasadniczo się od siebie różni. Autorzy prezentują odmienne podejście do tematu, niektórzy więc silą się z lepszymi, bądź gorszymi rezultatami na styl Sapkowskiego, a inni w ogóle nie przywiązują do niego wagi, co nie przeszkadza im w stworzeniu naprawdę ciekawych historii. Naturalnym jest więc fakt, że opowieści te stoją na nierównym poziomie, przez co wrzucenie ich do jednego worka i ocenienie jako całości mogłoby być nie tylko kłopotliwe, ale i krzywdzące. Dlatego postanowiłem każdemu z nich poświęcić chociaż kilka zdań, a opinię na temat całokształtu umieszczę w ogólnym podsumowaniu na koniec.

Wspomnę jeszcze tylko, że choć część autorów posiada zaskakująco lekkie pióro, to opowiadania te z oczywistych względów nie mogą równać się prozie Sapkowskiego (choć kilka z nich znajduje się na jak najlepszej do tego drodze), bo i nie taka była idea całego tego przedsięwzięcia. Potraktujcie tę książkę jako hołd dla Geralta i jego autora wypełniony interesującą twórczością. Przyjęcie zbyt wysokich wymagań może bowiem sprawić, że dość szybko się od tego zbioru odbijecie.

„Kres cudów” – Piotr Jedliński 

Zbiór nie bez powodu rozpoczyna się opowiadaniem „Kres cudów”, które już na wstępie traktuje nas dobrze znanymi nam motywami. Jego głównymi bohaterami są Geralt i Jaskier, a sam autor postanowił położyć silny nacisk na odwzorowanie stylu Andrzeja Sapkowskiego. Sztuka ta wyszła mu zresztą całkiem udanie, dzięki czemu można odnieść wrażenie że całość jest bardzo bliska pierwowzorowi. Realia opowieści przypominają zresztą miejscami „Kraniec świata”. Początkowe dobre wrażenie psuje jednak po pewnym czasie konstrukcja fabuły i jej zbyt monotonne tempo. Efekt tego był taki, że ostatnie kartki czytałem na siłę. Po przeczytaniu całości miałem zaś wrażenie, że autor nie do końca wiedział na czym powinien był się skupić, co zaowocowało rozmytym charakterem opowiadania. Sytuacji nie uratowała również próba uczynienia zakończenia przesadnie poważnym i filozoficznym. Choć refleksyjny wydźwięk historii jest czymś charakterystycznym dla Wiedźmina, to w tym przypadku był on mało subtelny i pasował do całości jak Geralt do dubletu.

„Krew na śniegu. Apokryf Koral” – Beatrycze Nowicka

Tekst Beatrycze Nowickiej to wariacja na temat spotkania Geralta i Koral, które jak nam wiadomo skończyło się tygodniem spędzonym w łóżku czarodziejki. Autorka zdecydowała się zaprzeczyć jednak pewnym zabiegiem fabularnym wydarzeniom z „Sezonu burz” i napisać swoją własną wersję wydarzeń. Autorka decydując się na taki krok nawarzyła sobie moim zdaniem sporo piwa, ponieważ z miejsca zafundowała sobie jeszcze dalej idące porównania do Sapkowskiego. A choć  fabuła „Sezonu burz” podobała mi się umiarkowanie, to historia „Krwi na śniegu” wypada przy niej miejscami po prostu blado. Przez jakąś pierwszą połowę opowiadania czuć w niej jeszcze potencjał, ale finalnie nie zostaje on do końca wykorzystany. Następujące po sobie wydarzenia z czasem przestały mnie zajmować, a sama antagonistka wkroczyła na scenę równie szybko, co z niej zeszła. Na plus można jednak na pewno zaliczyć fakt, że tekst zasadniczo zachowuje w jakiejś części styl AS-a, a Geralt jest po prostu Geraltem. Tylko tyle i aż tyle.

„Ironia losu” – Sobiesław Kolanowski

Pierwszych dwóch opowiadań nie mógłbym nazwać złymi, ale przesadą byłoby też powiedzieć, że mnie specjalnie usatysfakcjonowały. Brakowało im czegoś. Może było to te specyficzne dla Wiedźmina drugie, ukryte dno. A może niewystarczająco poruszające wątki i bohaterowie. Krótko mówiąc, bałem się nieco o pozostałe dziewięć tekstów. Moje obawy zostały na szczęście rozwiane, a to za sprawą właśnie „Ironii losu”. Choć opowiadanie odchodzi nieco od standardów wiedźmińskiego świata (nie narusza kanonu, ale jest to jakby inne spojrzenie na bestiariusz), to z pewnością mogę zaliczyć je do moich ulubionych z całego zbioru. Jest cyniczny, pozornie neutralny Geralt. Są demony, które  pomimo swej natury potrafią wykrzesać z siebie więcej człowieczeństwa niż niektórzy ludzie. Jest też historia z gorzkim epilogiem. Całość dopełniają natomiast zgrabnie napisane dialogi oraz dobrze wyważone tempo akcji.

„Co dwie głowy…” – Nadia Gasik

„Co dwie głowy…” jest opowiadaniem, z którego mocno emanuje duch charakterystyczny dla fanfika. Mamy tu postaci Triss i Lamberta, kilka większych lub mniejszych odniesień do Sagi, ale w gruncie rzeczy wszystko to sprawia wrażenie czegoś powierzchownego. Relacja między czarodziejką, a wiedźminem opiera się głównie na złośliwych żartach (niestety jak dla mnie nieco drętwych) i wzajemnym dogryzaniu. Jest co prawda pewna rozmowa o Geralcie, która mogłaby przerodzić się w coś więcej, ale ostatecznie okazała się według mnie nieco naiwna. Znajdzie się też kilka błędów logicznych i nieścisłości co do kanonu, jak choćby leżące beztrosko na półce księgi i encyklopedie, które winne zostać wydane ponad sto lat później. Wszystko to sprawia, że „Co dwie głowy…” wypada w porównaniu z resztą tekstów raczej przeciętnie.

„Skala powinności” – Katarzyna Gielicz

Nieco wyższy poziom reprezentuje za to już tekst autorstwa Katarzyny Gielicz. Widać to między na innymi na przykładzie dialogów, które nie wywoływały u mnie tym razem poczucia lekkiego zażenowania. I choć historia nie jest może szczególnie porywająca, to potrafi jednak przykuć na dłuższa metę uwagę. Zawdzięcza to zapewne wprowadzeniu postaci Coëna i próbie wyjaśnienia okoliczności w jakich postanowił zaciągnąć się do armii Królestw Północy. Samo rozwinięcie postaci wiedźmina jest na tyle bezpieczne, by nie wzburzyć fanów, a przy tym wystarczająco świeże, by zainteresować czytelnika.

„Bez wzajemności” – Barbara Szeląg

Jak można przeczytać w przedmowie książki: „(…) Barbara Szeląg w „Bez wzajemności” niemalże jak echo powtórzyła wspaniałe „Trochę poświęcenia” „. Pod stwierdzeniem tym mogę bez większych oporów podpisać się obiema rękami. Choć ani Essi, ani Geralt w opowiadaniu nie występują, to za sprawą obecności bliskich im osób można poczuć ducha tamtej historii. Sposób w jaki napisane zostały postacie (zarówno autorskie, jak i te odwzorowane z prozy Sapkowskiego) przykuł mnie do tekstu i sprawił, że co jakiś czas uśmiechałem się do wspomnień. Sama fabuła opowieści jest niczego sobie, a jej zakończenie w całkiem wdzięczny sposób nawiązuje do uczucia jakie zrodzić się ma w przyszłości pomiędzy Oczkiem, a Białym Wilkiem.

„Lekcja samotności” – Przemysław Gul

Po udanym opowiadaniu Barbary Szeląg obawiałem się kolejnego spadku jakości, który nastąpił choćby po „Ironii losu”. „Lekcja samotności” na szczęście przyjemnie mnie zaskoczyła. Do gustu przypadła mi już sama otoczka historii, która skupiła się na pewnej nocnej wycieczce adeptek Aretuzy, co przywiodło mi od razu na myśl cykl o Harrym Potterze. Główna bohaterka szybko się jednak zmieniła, a wraz z nią tło wydarzeń, którym stała się bitwa o Wzgórze Sodden. Tu z kolei wyszło na wierzch kolejne zapożyczenie z angielskiej literatury fantasy, bo protagonistce wkrótce przyszło uciekać przed ogromną pajęczycą, która przetrzymywała swe ofiary w splątanych z sieci kokonach. Te być może niezbyt subtelne nawiązania nie przeszkodziły jednak w trafnym oddaniu ducha opowiadań Sapkowskiego.  Stało się to zaś za sprawą ciekawych wydarzeń, wyrazistych postaci i barwnych dialogów. Przemysław Gul postanowił nie eksponować ponad miarę żadnych życiowych sentencji, te są tutaj dość subtelne. I dobrze, bo jak mogliśmy się wcześniej przekonać, nachalne filozofowanie nie wychodzi opowieściom na zdrowie.

„Nie będzie śladu” – Tomasz Zliczewski

Kolejne opowiadanie sprawia wrażenie nieco oderwanego od tego, co bliskie jest nam z wiedźmińskiego uniwersum. Prawie wszystkie postacie są tu autorskie, a odniesień do znanych nam nazwisk, czy wydarzeń praktycznie tu nie ma.  Gdyby nie krótkie wspomnienia o cechu wiedźminów, Temerii, czy wojnie z Nilfgaardem, można by założyć, że rzecz dzieje się w dowolnym świecie fantasy. Tym co budzi nam skojarzenia z Wiedźminem są przede wszystkim niejednoznaczne postacie i szarobure realia. Na pochwałę zasługuje dodatkowo pewien zwrot akcji, który choć zaskakujący może się niektórym wydać mało wiarygodnym. Nie do końca usatysfakcjonowało mnie jednak zakończenie, które nie wyjaśniło kluczowej dla historii głównego bohatera kwestii. Samo opowiadanie mogę zaliczyć jednak do tej lepszej części zbioru.

„Dziewczyna, która nigdy nie płakała” – Andrzej W. Sawicki

W tekście Andrzeja Sawickiego wracamy do znanych i lubianych (?) nam postaci, a konkretnie do Toruviel, która po wojennych doświadczeniach zaczęła leczyć się z nienawiści do gatunku ludzkiego. Schorowana i ranna trafia pod opiekę uchodźców, którzy przejawiają wobec niej bardzo różne uczucia. Trudno zresztą im się dziwić, bo nawet w słowach najbardziej uprzedzonych i rasistowskich ludzi zawiera się nutka gorzkiej prawdy o byłej Scoia’tael. Sytuacji nie poprawiają tajemnicze ataki leszych, które przez co podejrzliwszych są z miejsca łączone z postacią elfki. Wraz z postępem fabuły okazuje się, że problem rasizmu jest w opowiadaniu bardziej wielowymiarowy niż moglibyśmy początkowo sądzić. W odbiorze powieści przeszkadzają jednak posługujący się specjalistyczną terminologią wieśniacy, a także trochę daleko idące uproszczenia w końcowej części opowieści (nie chcę wam zdradzać zbyt wiele).

„Ballada o Kwiatuszku” – Michał Smyk

„Ballada o Kwiatuszku” jest z pewnością jednym z oryginalniejszych  opowiadań w zbiorze. Poznajemy w nim pośmiertne losy Jaskra, którego duch zostaje przywoływany w dość nietypowych okolicznościach przez jedną z jego przelotnych kochanek. Dla naszego poety jest to więc początkowo okazja do korzystania z uroków bycia niematerialna istotą, wliczając w to psucie pracy kolegów po fachu, czy beztroskie gapienie się w biusty karczmarek. Cała sytuacja przybiera jednak wkrótce bardziej drastycznego oblicza, a to za sprawą problematycznego związku tytułowego Kwiatuszka. Choć opowieść wyróżniła się na tle innych tekstów pomysłem, to odniosłem jednak wrażenie, że jej potencjał nie został do końca wykorzystany. Myślę, że opowiadanie zyskałoby na przeskakiwaniu pomiędzy poszczególnymi paniami, co mogłoby w ciekawy sposób przemieszać i zróżnicować wątki fabularne. Mimo tego „Ballada o Kwiatuszku” pozostaje według mnie wartą przeczytania.

„Szpony i kły” – Jacek Wróbel

Idąc za śladem Michała Smyka Jacek Wróbel uderzył w swym opowiadaniu w podobne, dość niecodzienne nuty. „Szpony i kły” przedstawiają słynną i znaną nam dobrze historię odczarowania Addy Białej przez Geralta z Rivii. Tym razem nie spojrzymy jednak na całą sprawę z perspektywy zabójcy potworów, a samej strzygi. Ta staje się bowiem główną bohaterką opowiadania, dzięki czemu możemy poznać jej wersję wydarzeń oraz dowiedzieć się, co czuła przez czternaście lat swego „życia”. Jest to całkiem ciekawe doznanie, w którego poznawaniu nie przeszkadza znajomość zakończenia całej historii. Do całości nie mam chyba większych zarzutów, mógłbym się jedynie przyczepić o nadmierne w mojej opinii uczłowieczenie strzygi, ale zarzut ten muszę chyba jeszcze przemyśleć.

Podsumowanie

Jeśli dobrnęliście do końca, to wasza opinia na temat zbioru jako całości powinna być już mniej więcej ukształtowana. Jeśli chcecie przekonać się o jakości książki na własnej skórze, to nie pozostaje Wam nic innego, jak sięgnięcie po nią osobiście, co szczerze polecam. Większość opowiadań utrzymuje się na dobrym poziomie, który mógłbym ocenić jako nieco lepiej od „Sezonu burz”. Pomiędzy nimi można znaleźć zaś prawdziwe perełki pokroju „Ironii losu, „Bez wzajemności”, czy „Lekcji samotności”, które z odrobiną dobrej woli można by przyrównać do opowiadań z „Miecza przeznaczenia”, czy „Ostatniego życzenia”.

Mistrz co prawda jest tylko jeden, ale jak się okazało ma całkiem niezłych naśladowców. Są też opowiadanie mniej udane, ale one stanowią na szczęście mniejszość i pojawiają się tylko w pierwszej połowie zbioru, dzięki czemu nie pozostają na długo w pamięci. Swoją drogą nie są one tragiczne, powiedziałbym raczej, że przeciętne. Za mankament można uważać jednak stronę „fizyczną” książki, która podobnie jak w przypadku „Sezonu burz” pozostawia nieco do życzenia. Broszurowa okładka dość łatwo ulega różnym odkształceniom, a farba z kantów książki wyciera się samoistnie. Niestety, obawiam się, że odświeżonego, lepszego wydania możemy prędko się nie doczekać, jeśli w ogóle ktoś postanowi się na nie wykosztować.

„Szpony i kły” są kolejnym dowodem na to, że temat Wiedźmina jest niezwykle chłonny i w wyjątkowy sposób oddziałuje na wyobraźnię innych twórców. Choć niecierpliwie wypatruję nowej książki Andrzej Sapkowskiego, to podobne antologie mogłyby być dość ciekawą alternatywą.

Ocena: 7/10