Wiedźmińskie

Siedliszcze

Słuchowisko „Chrzest ognia” – recenzja

chrzest-ognia-słuchowisko

 

Zdaję sobie sprawę, że ostatni wpis na stronie pochodzi z stycznia i zapewne już mało kto (jeśli w ogóle) tu zagląda. Wybaczcie, że zaniedbaliśmy stronę i na tak długo pozostawiliśmy ją samą sobie. Niestety ze względu na ograniczony czas nie mogę obiecać, że teraz ta sytuacja się poprawi, ale chciałbym przynajmniej podzielić się z Wami moimi wrażeniami z „Chrztu ognia” – najnowszego słuchowiska od Fonopolis. Jednocześnie składam Wam wszystkim spóźnione życzenia Wielkanocne!

Recenzja będzie pisana z perspektywy kogoś kto wcześniej nie miał zbyt wielkiej styczności z wcześniej wydanymi wiedźmińskimi słuchowiskami, nie będę mógł więc stwierdzić, czy całość zachowuje poziom poprzedniczek, czy może nastąpiły jakieś zmiany – na lepsze, bądź gorsze. Takie rozwiązanie będzie być może posiadało jednak także pewne zalety. Mianowicie – jako osoba, która dopiero co właściwie zaznajomiła się z dziełem od Fonopolis, będę mógł zauważyć rzeczy, do których stali słuchacze zdążyli się już przyzwyczaić i przestali na nie zwracać uwagę. Taka świeża i może nieco bardziej odkrywcza analiza słuchowiska na pewno przyda się osobom, które dopiero zastanawiają się nad wejściem do świata stworzonego przez m.in. Krzysztofa Gosztyłę, Krzysztofa Banaszyka, czy Joannę Pach-Żbikowską.

Przejdźmy jednak do meritum. Tak się jakoś złożyło, że przygodę z słuchowiskami od Fonopolis zacząłem od „Chrztu ognia”, czyli wręcz od środka. Wcześniejsze pozycje dziwnym trafem przegapiłem, a choć wykonanie mnie ciekawiło, to nie miałem jednak okazji nadrobić zaległości. Z „Chrztem ognia” było już inaczej, bo ta część jest szczególnie bliska memu sercu. To w końcu tutaj formuje się słynna rybia drużyna. To właśnie tutaj spotykamy Milvę, Zoltana i Regisa. To także jedna z części, gdzie przez większość czasu towarzyszymy Geraltowi, w którym wiedźmin powoli ustępuje zdesperowanemu ojcu bieżącemu na ratunek ukochanej córce. Słowem – musiałem to mieć.

Z początku obawiałem się rzecz jasna, że będąc przyzwyczajonym do aktorów, którzy wystąpili w grach od studia CD Projekt RED nie będę mógł się przekonać do ich nowych zamienników. Obawy te na szczęście spełniły się tylko w niewielkim stopniu. Podobnie jak w grach, tak też i tutaj największe wrażenie na odbiorcy z pewnością robi głos tytułowego wiedźmina. W głosie pana Banaszyka kiedy trzeba można usłyszeć ironię, zmęczenie, wściekłość, czy chłodny spokój. Naprawdę trudno byłoby mi wybrać pomiędzy Geraltem  pana Jacka Rozenka, a Krzysztofa Banaszyka. Całe szczęście, że nie muszę i mogę mieć ich obu. Bez żadnego bólu przesiadłem się również na Yennefer w wykonaniu Anny Dereszowskiej, ta wypadła równie świetnie, choć różnica pomiędzy nią a jej grową odpowiedniczką jest już bardziej zauważalna. Na osobną pochwałę zasługuje sam lektor – Krzysztof Gosztyła. Z jego głosem miałem się już okazję zapoznać podczas fragmentów poprzednich słuchowisk udostępnianych przez Fonopolis na YouTube. Teraz wywarł na mnie tylko jeszcze większe wrażenie. Wzbogacił całość o niezwykły klimat, który doskonale wkomponował się w wiedźmiński świat.

Spore lęki wiązałem natomiast z nową wersją Jaskra, ponieważ odgrywający go Sławomir Pacek dysponuje w mojej ocenie raczej mało melodyjnym głosem. Z czasem jednak aktor zdołał mnie do siebie przekonać, bo pomijając moje rozbieżne wyobrażenia  na temat barwy głosu postaci, wcielił się w rolę bardzo umiejętnie.  Poeta z właściwą sobie swadą na przemian bawi i irytuje słuchacza, tak więc efekt został jak najbardziej osiągnięty. Dość odmiennym i być może dziwnym doświadczeniem może być za to słuchanie głosu Zoltana Chivaya, w którego wcielił się Adam Ferency.  Bądź co bądź Paweł Szczęsny stworzył w grach niezwykle charakterystyczną kreację, jego niski, tubalny głos wpasował się do krasnoluda wręcz idealnie. I choć panu Ferencemu od technicznej strony nie można niczego zarzucić, tak przyzwyczajenie się do nowego Zoltana może zająć dłuższą chwilę.

Nieco podobnie jest z Regisem, w którego wcielił nie kto inny a pan Temerii, Pontaru, Mahakamu, Sodden i Brugge, czyli Adam Bauman. Po spędzeniu tylu godzin z cyrulikiem w fantastycznym wykonaniu pana Jana Frycza, zwyczajnie ciężko oswoić się z nowym głosem wampira. To w końcu jednak po pewnym czasie się oczywiście dzieje, ale z tyłu głowy ciągle siedzi pytanie dlaczego twórcy słuchowiska mając tych samych aktorów tak bezwzględnie wzbraniają się przed angażowaniem ich do ról, w których zdążyli się już świetnie sprawdzić w grach.  Rozumiem chęć podążania własnym kierunkiem artystycznym i stworzenia czegoś własnego, ale myślę, że za sięgniecie po sprawdzone rozwiązania słuchacze nie mieliby nic przeciwko.

Jeśli chodzi zaś o postacie, które w grach nie zaliczyły występu to jest naprawdę bardzo dobrze. Chociaż Milva z początku może sprawiać wrażenie nieco zbyt „poprawnej i dbałej”, to po kilku godzinach stwierdziłem, że wybór pani Moniki Pikuły do tej roli był jak najbardziej słuszny.  Wystarczy posłuchać jak łuczniczka obsobacza w prostych i bezpośrednich słowach poczynania wiedźmina, czy potem w rozczulający sposób pyta się go, czy ma go na przeprosiny poboćkać, by całkowicie przekonać się do aktorki.

Udany występ zaliczył także Paweł Ciołkosz jako Cahir. Zasadniczo na temat  Nilfgaardczykia Vicovarczyka podczas czytania Sagi trudno było mi stworzyć jakieś bardziej konkretne wyobrażenia, czy to na poziomie wyglądu fizycznego postaci, czy też barwy jego głosu. Z tego powodu zaakceptowanie i przyswojenie jego kreacji było dla mnie stosunkowo łatwe i naturalne.  Z drużyny pozostała tak więc wulgarna i zadziorna Angoulême, której już nie mogę się doczekać. W trakcie słuchowiska mieliśmy także okazję zapoznać się z głosem Leo Bonharta, za którego odpowiada Marek Lewandowski. I choć jego występ był krótki, to rozbudził ciekawość i dał nadzieję na niezwykle interesującą postać.

Bardzo mieszane uczucia mam jednak względem Loży Czarodziejek. Prawie wszystkie panie brzmią według mnie mnie zbyt młodo, przez co miałem wrażenie, że w sali obrad siedzą świeże absolwentki Aretuzy, a nie poważane mistrzynie magii, których wiek i prestiż powinien kazać brzmieć bardziej dojrzale. W samej grze aktorskiej również dopatrzyłbym się kilku niedoskonałości, miałem nierzadko wrażenie, że głosy niektórych z  nich brzmią zbyt teatralnie, a za mało naturalnie. Znów powraca pytanie dlaczego reżyser nie postanowił obrać kierunku bardziej zgodnego z growymi kreacjami Filippy Eilhart, czy Sheali de Tancarville.

Pozytywnie wypada za to całe tło, a więc ścieżka muzyczna oraz wszystkie pozostałe efekty dźwiękowe. Odgłosy natury, tłumu ludzi, czy bitwy ułatwiają słuchaczowi zagłębienie się w świat Wiedźmina. Dość śmiesznie i groteskowo wypadają jednak fragmenty, gdy lektor wspomina o wypowiedzeniu przez pewną postać przekleństwa, po czym aktor wypowiada znane i powszechne „kurwa mać”.  Chyba nigdy nie zapomnę momentu, gdy pan Krzysztof Gosztyła przeczytał „Geralt zaklął. Klątwę zagłuszył grom”, po czym wiedźmin wspomniane słowo wykrzyczał bez skrępowania do ucha odbiorcy.

Podsumowując, słuchowisko polecam każdemu kto chce na nowo przeżyć wędrówkę  Geralta i przyjaciół przez owiane wojną południowe rubieże Temerii. Nawet pomimo pozostawiającej nieco do życzenia Loży  nie żałowałem żadnej z czternastu godzin dzieła Fonopolis. Audiobook warto nabyć choćby po to, by posłuchać dyskusji bohaterów przy nalewce z mandragory, czy też wysłuchać marudzenia Geralta podczas formowania się słynnej rybiej drużyny.

Moja ocena to:

9/10

Słuchowisko „Chrzest ognia” możecie nabyć w tym miejscu. Jeżeli chcecie się natomiast dowiedzieć czegoś więcej o obsadzie to zapraszam na tę stronę.