Wiedźmińskie

Siedliszcze

Śladem Białego Wilka #1 – Kaer Gelen

Śladem Białego Wilka

Choć Wiedźmin 3 miał premierę prawie cztery lata temu, postanowiłem rozpocząć cykl, który nieco go odkurzy. Przyjrzymy się w nim lokacjom (a także zawartym w nich historiom), które nie odgrywają żadnej ważnej roli w zadaniach głównych, czy pobocznych. Mimo tego zostały zaprojektowane z niezwykłą dbałością o szczegóły, które same w sobie przekazują graczowi pewną opowieść. Aby nie wyjść z klimatu wiedźmińskiego świata wcielimy się w karczmarzy, podróżników i różnych wagabundów, którzy będą mieli co nieco do powiedzenia o szlaku przetartym przez Białego Wilka.

Dziennik Fertza, Kaer Gelen – strona 34

Co ja najlepszego zrobiłem? Już wtedy we Flotsam śledzenie wiedźmina wydawało mi się idiotycznym pomysłem, ale ten cały Farid dobrze płacił. Swoją drogą ta dwójka od początku wydawała mi się podejrzana. Śmierdzące  dziady w łachmanach gadający jak wariaci albo  profesorowie z zawszonego Oxenfurtu. Tak czy siak, śledzę tego mutanta już pół roku od Loc Muinne i skrupulatnie zaznaczam na mapie miejsca jego pochędóżek. Prawdo co gadają o nich, że chutne to ponad miarę, tfu. Tylko dziewki na złe sprowadzają, przydałoby się żeby ktoś im nosa utarł.

Ta cała zabawa staje się jednak coraz bardziej niebezpieczna, zwłaszcza od wybuchu wojny. Najpierw o mało nie porwał mnie gryf pod jakąś temerską wsią. Potem w Velen parę razy nadziałem się na żołdaków Krwawego Barona, którzy pobrali ode mnie wysokie myto za przejazd mostem, który zresztą prawie nie nadawał do użytku.

Gdy przypłynąłem jednak na Skellige, momentalnie zatęskniłem za Kontynentem. Tam przynajmniej o tej porze roku przyjemnie grzało słonko i nie musiałem umierać z zimna. Tutaj zaś noszę tyle warstw ubrań, że ledwo się poruszam, a mimo to i tak wstrząsają mną dreszcze i drgawki. Z tego wszystkiego straciłem wiedźmina z oczu gdzieś w okolicy wioski Blandare.

Śladem Białego Wilka

Zacząłem o niego pytać miejscowych, ale gdy tylko zwąchali, że jestem z Kontynentu, zaczęli mnie traktować jak owcze gówno. W końcu udało mi się namówić do rozmowy pewnego starego pasterza o imieniu Gunf, który zarzekał się, że osobiście rozmawiał z wiedźminem. Jako, że dialekt Wyspiarzy sprawia mi nadal sporo trudności, w celu połapaniu się w całej tej nieskładnej opowieści zapisałem jej przebieg poniżej:

Z tym wiedźminem to było tak. Przyjechał do wioski z trzy dni temu i pyta się o tę opuszczoną twierdzę Kaer Gelen. Mówię mu więc, że zeszłej zimy tam do okrutnej rzezi doszło, w której zginęli zarówno rodowcy jak i służba. Udało się uciec tylko jednemu stajennemu, który z tego wszystkiego zresztą rozum ze szczętem stracił. Z tego co mówił niewiele można było zrozumieć, ale dotarło do nas tyle, że w nocy na zamek napadło okropne monstrum, co wyglądało jak olbrzymi, wstrętny nietoperz. Wiedźmin wtedy na to (jakby do siebie), że na pewno to był jakiś wampir niższy, a ja mu mówię, że z tego co mówił pachołek, to wcale nie taki niski, bo wyższy ponoć od konia. On wtedy tak jakoś przewrócił tymi swoimi kocimi oczyma i mówi, żebym kontynuował.

Mówię mu wtedy, że dalej nie ma co gadać, bo wampir wybił całą obsadę twierdzy, a sam zamek popadł w ruinę i dotąd nikt tam się nie zapuszczał, chyba, że głupi albo chory na umyśle. Wiedźmin wtedy mnie pyta, czy przed atakiem nie widziano czasem w okolicy innego wiedźmina, który nosiłby medalion w kształcie kociej paszczy. Po co go szukał, nie mam pojęcia, ale widocznie ciągnie swój do swego. Powiedziałem mu jednak co wiedziałem, to znaczy, że kiedyś pan Kaer Gelen szukał wiedźmina do jakiejś brudnej roboty i ludzie gadali, że w końcu nawet i go znalazł. Może to właśnie o tego wampira całego chodziło. Z tych rozmów to chyba jednak nic im wyszło, bo raz, że nikt więcej o tym wiedźminie nie wspominał, a dwa że potwór zrobił, co miał zrobić, żyje i ma się chyba całkiem dobrze. Białowłosy na koniec spytał się jeszcze, czy za zabicie potwora, nikt nagrody nie wyznaczył. Jak powiedziałem, że nie było komu, to tylko się tak krzywo uśmiechnął i odjechał na północ. 

Nie mitrężąc za długo, ruszyłem tropem wiedźmina. Nie wiem jakim cudem, ale przybyłem na miejsce akurat, gdy szykował się do wejścia do środka. Cupnąłem na skraju lasu i obserwowałem jak medytował kwadrans lub dwa, po czym przekroczył rozwaloną bramę i zniknął w ciemnościach. Po co tam właził, nie miałem pojęcia, chyba żeby śmierci szukać, jak to on ma w zwyczaju. Po jakimś czasie zaczęły się stamtąd wydobywać takie głosy, że mimo zimna włosy na jajach mi stanęły.

Ryki, wrzaski i jęki w końcu ucichły, ale wiedźmin i ten jego zatracony koń dalej się nie pokazywali. Myślę sobie – zginął, w końcu będę miał spokój. Powodowany jednak głupotą i Melitele jedna wie czym, doszedłem do wniosku, że nie mogę go od tak zostawić, nie upewniwszy się choć, czy rzeczywiście nie żyje. Gdy zbliżyłem się do głównej bramy, zauważyłem, że jest zamknięta. Jak więc wszedł tam wiedźmin?

W końcu  natrafiłem na boczne wejście, do którego prowadziły w dół kamienne schody. Wszedłem do sali, w której hulał zimny wiatr, a pod ścianą leżało końskie, rozerwane truchło. Nie jest dobrze, pomyślałem. Pnąc się po schodach w górę i przepalając pochodnią gęste pajęczyny, natrafiłem na wyryty w ścianie rysunek przedstawiający koci łeb. Czy miał on jakiś związek z wiedźminem, o którego pytał mój mutant? Upiorna atmosfera nie pozwalała mi jednak za długo o tym myśleć. Pokonałem jeszcze kilka schodów i znalazłem się na tarasie pod gołym niebem.

Tam zaś serce podjechało mi do gardła. Po kamiennej posadzce rozwleczone były ludzkie ciała, przed pełnym rozkładem skutecznie chroniło je zimno. Drewniane rusztowania były całkowicie rozwalone, jakiś nieszczęśnik został zresztą wbity na jedną ze złamanych belek. Nogi odmawiały mi posłuszeństwa, choć najchętniej bym się stamtąd wynosił. Nigdzie nie widziałem jednak ciała wiedźmina, znalazłem za to znowu odciski jego zabłoconych buciorów.

Skierowałem się do na wpół rozwalonej wieży, wszedłem do środka przez roztrzaskane drzwi i zamarłem. Na środku sali czaiła się większa od konia bestia z ogromnym łbem zakończonym nietoperzym ryjem i całą gamą długich, ostrych kłów. Strach odebrał mi znowu władzę w nogach i pomyślałem, że moje nędzne życie w końcu dobiegło końca. Minęła jednak dłuższa chwila i absolutnie nic się nie stało, uświadomiłem sobie wtedy sobie, że potwór leży martwy w ciemnej kałuży juchy.

Ominąłem obrzydliwe cielsko wampira szerokim łukiem, by podejść do sporej skrzyni znajdującej się w końcu sali.  Pomyślałem, że jak nic znajdę tam jakieś rodowe precjoza i może w końcu będę coś miał z tej idiotycznej wyprawy. Gdy zajrzałem jednak do środka, zobaczyłem jedynie jakieś stare, złamane grabie. Jak zwykle pieprzony wiedźmin ogołocił wszystko do cna.