Wiedźmińskie

Siedliszcze

Recenzja pierwszego sezonu Wiedźmina – twór Chaosu i Przeznaczenia

Recenzja

Zapraszamy do przeczytania szczegółowej recenzji pierwszego sezonu Wiedźmina od Netflixa. Z czasem dojdą tu także wrażenia pozostałej części Redakcji.

redakcja-gerwant

Gerwant

Myślę, że przed właściwą recenzją warto tu będzie wspomnieć co nieco o moim osobistym podejściu do serialu i ogólnych oczekiwaniach. Łatwiej Wam wtedy będzie zrozumieć kontekst mojego punktu widzenia oraz używanych przeze mnie argumentów. Nie będzie tajemnicą, że jak większość czytelników tego portalu jestem fanem książek Sapkowskiego. Opowiadania oraz Sagę czytałem wielokrotnie i uważam je za coś wyjątkowego, i to nie tylko w skali polskiej fantastyki. Wiedziałem, że serial Netflixa to będzie mimo wszystko adaptacja, ale jednak liczyłem na to, że scenarzyści nie przesadzą w zmienianiu oryginału i będą się chociaż starać zachować logikę następujących po sobie wydarzeń. O tym, dlaczego to się im niezbyt trafnie udało – poniżej. Przy okazji ostrzegam Was, że będzie to recenzja SPOILEROWA.

Zacznijmy od tego, że serial Wiedźmin jest niemożebnie nierówny. Bardziej nierówny niż Stara Droga łącząca Brugge z Sodden i Temerią. To prawdziwy festiwal skrajności. Udane ekranizacje opowiadań kontrastują z oryginalną twórczością scenarzystów, z których przebijają na przemian dziwne albo oklepane zagrywki oraz drętwe dialogi. Na przeciw widowiskowym i dynamicznie nakręconym walkom Geralta wychodzą tanio wyglądające bitwy, których logika postanowiła poszukać zarobku w burdelu. Obok bardzo dobrych kreacji aktorskich głównych bohaterów mamy słabo zagrane postacie trzeciego planu oraz statystów, którzy psuja ogólne wrażenie.

Chaos w scenariuszu

Jednym z głównych problemów serialu jest jego podstawowe założenie prowadzenia historii, które oparto na równoczesnym realizowaniu wątków Geralta, Ciri i Yennefer oraz wyniesieniu tych dwóch ostatnich do głównych bohaterek pierwszego sezonu. Rozwiązanie to miało przybliżyć widzowi sylwetki Yen i Ciri, które w zbiorach opowiadań występują jedynie w kilku historiach, a tym samym zbudować odpowiednie podstawy pod przyszłe sezony. Choć pomysł być może nieźle wyglądał na papierze, tak samo wykonanie pozostawia wiele do życzenia.

Efekt jest bowiem taki, że osoba, która nie czytała książek prawdopodobnie gubi się wśród natłoku przemieszanych ze sobą wydarzeń. Potwierdzają to zresztą liczne opinie, które można przeczytać w internecie. Chronologia została wywrócona do góry nogami, opowiadania są realizowanie po łebkach, a akcja serialu skacze niczym nietrzeźwy pukacz z wiedźminem na grzbiecie. Scenarzyści co prawda rzucają gdzieniegdzie informacjami i nazwami (jak np. Chociebuż), które mają pomóc widzowi odnaleźć się na osi czasu, ale nie mam pewności, że czy te wskazówki są dla wszystkich odpowiednio sygnalizowane.Lauren Hissrich planuje 7 sezonów serialu

 

Pierwsze poważne problemy natury narracyjnej objawiają się już w pierwszym odcinku. Tylko w jego połowie poświęconej Ciri zobaczymy szybkie wprowadzenie w jej dworskie życie w Cintrze, najazd Nilfgaardu, bitwę w dolinie Marnadal, rzeź Cintry, śmierć Calanthe i ucieczkę dziewczyny z miasta. Dostajemy także bardzo szczątkowe informacje o świecie przedstawionym.  Nie ma tu nijak czasu żeby zżyć się z bohaterami i zainteresować się ich losami. A w końcu oglądamy wydarzenia bardzo drastyczne, takie które powinny budzić emocje. Tak się jednak nie dzieje.

Podobnie jest zresztą z „drugą połową” odcinka, na którą składa się adaptacja „Mniejszego zła”. Scenarzyści usunęli kilka istotnych wątków, które w opowiadaniu budowały suspens i angażowały nas w prezentowaną historię. Brak postaci wójta Caldemeyna oraz pominięcie długoletniej znajomości Geralta ze Strogoborem sprawia, że wiedźmin w serialu nie jest właściwie w żaden sposób powiązany z rozgrywającymi się wydarzeniami. Brakuje też tutaj zasadniczej kwestii, która sprawiła, że Geralt postanowił wybrać tytułowe mniejsze zło, czyli tridamskiego ultimatum. Problem wyboru mniejszego zła przez Geralta praktycznie tu nie istnieje.

Nie zrozumcie mnie źle. Wiem czym jest adaptacja i rozumiem, że dostosowanie dzieła pod telewizyjny format wymaga podjęcia konkretnych zmian. Do tego dochodzi także odmienna wizja twórców adaptacji, do której zresztą mają prawo. Nie chodzi mi jednak tyle o samo występowanie zmian, co fakt, że nie działają one tak jak należy. Scenarzyści z jednej strony postanowili wyciąć część materiału źródłowego, a z drugiej nie zdołali dostatecznie obronić swojej własnej wizji wydarzeń. W efekcie w wielu przypadkach nie otrzymujemy żadnej sensownej i godnej alternatywy.dwa pierwsze utwory

Jak już się czepiam zmieniania opowiadań, to tylko wspomnę, że boli mnie sposób, w jaki został wykastrowany „Kraniec świata”. Boli tym bardziej, że w tym odcinku naprawdę fajnie wypada relacja między Geraltem i Jaskrem, a samo przedstawienie elfów oraz ich zachowania bardzo do mnie przemawia. Szkoda tylko, że wyleciała cała ta sielska i swojska otoczka. Nie wspominając już o tym, że żyzne pola rzepy zamieniono na pustynny ugór. Osoba, która nazwała to miejsce Doliną Kwiatów musiała być wyjątkowo przewrotna.

Nie oznacza to jednak, że w serialu brakuje dobrze zrealizowanych opowiadań. Odcinek czwarty („Kwestia ceny”) oraz piąty („Ostatnie życzenie”) całkiem wiernie podążają drogą wytyczoną w książkach. Zmiany, które zaś tam zachodzą nie przeszkadzają w czerpaniu przyjemności z oglądania, wręcz przeciwnie – dodają miejscami ciekawe akcenty, choćby w przypadku obecności Jaskra na uczcie w Cintrze. Z tego też względu powyższe epizody uplasowały się na szczycie mojego osobistego rankingu.

Z powyższym wiąże się nieprzyjemny fakt dotyczący poziomu umiejętności scenarzystów Wiedźmina. Im bardziej bowiem odbiegali oni od oryginału i brnęli w własne wątki, tym bardziej odczuwalny był spadek jakości przedstawianej historii. Objawiał się on choćby drętwymi dialogami, nielogicznymi działaniami bohaterów oraz innymi tanimi bądź dziwnymi zagrywkami.  I choć autorskie losy Yennefer śledzi się z pewną ciekawością, to jest to raczej zasługa wiodących aktorek, czyli Anyi Chalotry w roli Yennefer oraz MyAnny Burring w roli Tissai de Vries. Zarówno jednak wątek Yen i Ciri obfituje często od strony fabularnej w momenty, gdy mózg odmawia współpracy, a oczy wołają o kąpiel.

Zwłaszcza, gdy widzimy jak zostały zmasakrowane niektóre z postaci. Fanatyczny Cahir, zapijaczony Foltest, skretyniały Eyck z Denesle oraz Vilgefortz, który przegrywa starcie z synem Ceallacha to tylko początek tej niechlubnej listy. Zbiorowym gwałtem na materiale źródłowym jest natomiast przedstawienie całego Cesarstwa Nilfgaardu jako imperium zła. W szeregach armii służą chyba sami fanatycy ogarnięci jakąś grupową hipnozą (przypadkowy żołdak recytujący przepowiednię Ithlinny to istna perełka). Czarodziejów stosujących czarną magię w formie samobójstw pominę milczeniem (jeszcze kilka takich akcji i w cesarstwie nie będzie komu czarować).

Filmy przedstawiające postaci Geralta, Ciri i Yennefer

Udane kreacje aktorskie

Jeśli jednak jesteśmy przy postaciach, to nie sposób nie pochwalić obsady, która robi co może, by stworzyć  przekonujące i ciekawe kreacje. Henry Cavill, mimo że jak na mój gust trochę zbyt posągowy, okazał się trafnym wyborem na Białego Wilka. Już przed premierą można było poznać jego zaangażowanie i zamiłowanie do Wiedźmina, co zresztą widać na ekranie. Zarówno sceny, gdzie Geralt zgrywa niepotrzebującego nikogo cynika, jak i te te, gdzie musi odsłonić swoją wrażliwszą stronę, wypadają  dobrze i wiarygodnie. Można by mieć pretensje o to, że w niektórych ważnych scenach zachowuje się zbyt gburowato, ale taki mógł być po prostu zamysł showrunnerki. Osobną kwestią jest jednak choreografia walk, w których Cavill wyprawia z wiedźmińskim mieczem prawdziwie widowiskowe rzeczy.

Podobnie wypadają także pozostałe dwie bohaterki serialu. Mimo moich początkowych obaw Anya Chalotra tworzy całkiem udany portret Yennefer, co można zaobserwować zwłaszcza, gdy ta osiąga już dojrzały wiek z książek. Pozytywne wrażenia budzi także występ Freyi Allan jako Ciri. Jak już jednak wspomniałem, wysiłki aktorek może być trudniej docenić poprzez przeciętnej jakości wątki fabularne, które zostały niemal w całości oparte o autorską wizję scenarzystów. Z obsady wyróżniają się także Jodhi May grająca królową Calanthe,  MyAnna Burring w roli rektorki Tissai de Vries oraz Joey Batey, który wcielił się w Jaskra. Ten zarówno grą aktorską, jak i talentem wokalnym stworzył bardzo sympatyczny obraz barda, szkoda tylko, że netflixowa wersja tej postaci jest nieco „ugrzeczniona”.

Nierówna strona techniczna

Zgrzytów nie jest pozbawiona również strona techniczna filmu. Główną winę za ten aspekt ponosi decyzja o zamieszczeniu już w pierwszym sezonie dwóch sporych sekwencji bitewnych, które z pewnością pochłonęły sporą część budżetu. Same bitwy nie przedstawiają sobą niczego specjalnego, a sama fabuła serialu raczej nie ucierpiałaby na ich braku. Zarówno bitwę w dolinie Marnadal, jak i bitwę o Wzgórze Sodden można było zrealizować bardziej symbolicznie, a mniej widowiskowo (w książkach są zresztą jedynie wspomniane). Oszczędziłoby to nam ponadto widoku konnicy, która rozpoczyna szarżę na moment przed natarciem piechoty oraz magów tracących energię na bardzo wymyślne i bardzo nieefektowne czary.

Tak się jednak nie stało, co przełożyło się automatycznie na mniejszy budżet dla pozostałych elementów serialu. Widać to choćby po dość kameralnych scenach, oszczędnych scenografiach oraz nierównych kostiumach i efektach specjalnych. Z jednej strony mamy zbroje Cintryjczyków wyglądające, jakby wyszły spod rąk mediolańskich mistrzów, a z drugiej strony to okropne coś, co ubierają na siebie do walki Nilfgaardczycy.  Same potwory wyglądają w porządku, jedne bardziej, drugie mniej, ale generalnie nie ma tragedii. Boli za to sposób w jaki zostały przedstawione krasnoludy, ale to jest chyba bardziej kwestia wizji Lauren Hissrich niż ograniczonych środków finansowych. W każdym razie nie jestem w stanie sobie wyobrazić netflixowych krasnoludów ciągnących spory wóz albo stawiających odpór nilfgaardzkiej jeździe.

Ograniczony budżet jest też widoczny niekiedy w scenografii. W scenach odbywających się w krajobrazach bądź wnętrzach budynku potrafi być naprawdę ładnie i klimatycznie, ale serial ma wyraźne problemy z przedstawianiem bardziej rozbudowanych i zaludnionych lokacji. Jest tak np. z Wyzimą, która ogranicza się do kopalni i zamczyska oraz Aretuzą, która z pysznych pałaców otoczonych ogrodami zmieniła się w surową, ponurą wieżę. W wielu scenach, zwłaszcza tych w plenerze, może przeszkadzać także zbyt intensywne oświetlenie planu zdjęciowego, które wygląda bardzo nienaturalnie.

Różnie też bywa z montażem. Czasami dostajemy bardzo dynamiczne starcia prowadzone w jednym ujęciu, by innym razem otrzymać istny koncert cięć (patrz: walka podczas zaręczyn Pavetty). Niektórym scenom dialogowym przydałyby się również nieco mniej statyczne kadry. Szczególnie to chyba widać w pierwszym odcinku, gdzie Geralt przez większość swojego wątku prowadzi rozmowy z Stregoborem, Renfri oraz Marilką. Nie jestem w tym temacie specjalistą, ale napotkałem się w sieci już na kilka opinii, że zdjęcia w serialu wyglądają, jakby były kręcone przez studentów filmówki, coś jest więc chyba na rzeczy.

Pozytywnie wypada za to ścieżka dźwiękowa, za którą odpowiadają Sonya Belousova oraz Giona Ostinelli. Może brakować jej co prawda nieco ducha i nastroju z utworów Grzegorza Ciechowskiego, Adama Skorupy i Marcina Przybyłowicza, ale mimo to posiada swoje własne momenty i dobrze spełnia swoje zadania. Szczególnie w ucho wpadają ballady Jaskra, jak choćby „Grosza daj wiedźminowi”, czy jak kto woli „Toss a Coin to Your Witcher”. Bardzo klimatycznie brzmi także finalna pieśń o Białym Wilku w wykonaniu Declana de Bary.

Podsumowanie

Jak już wspomniałem na początku, Wiedźmin jest serialem bardzo nierównym, przez co ostatecznie wypada niestety przeciętnie. Największym zarzutem jest tu sam scenariusz, który odchodzi od oryginału, nie oferując nam jednocześnie godnego substytutu. Autorskie w większości wątki Ciri i Yennefer można by streścić słowami „Przeznaczenie” i „Chaos”. Niedomaga także strona realizatorska serialu. Widać nierównomiernie rozłożony budżet, który został pewnie poważnie nadwyrężony przez dwie bitwy, których równie dobrze mogłoby nie być. Miejscami kuleją zdjęcia oraz sam montaż. Co do tego drugiego, to warto wspomnieć o poście Tomka Bagińskiego, w którym zdradził, że średnio z każdego odcinka wycięto ok. 20 minut materiału, co stanowi jedną trzecią długości epizodu. Tłumaczy to częściowo poszatkowanie scen oraz samego wątku fabularnego.

Z drugiej strony mamy tu do czynienia z naprawdę dobrym aktorstwem. Niektóre lokacje wyglądają bardzo klimatycznie, nie brakuje w nich zarówno mroku, jak i brudu. Choreografia walk wygląda zjawiskowo, treningi Henry’ego Cavilla zdecydowanie przyniosły efekty. Tam gdzie scenarzyści podążają w miarę wiernie za oryginałem przebija się zauważalnie wyższy poziom opowieści, co tylko podkreśla zmarnowany potencjał. Sama finalna scena serialu, gdzie Geralt spotyka Ciri, nie ma niestety nawet połowy wagi emocjonalnej co w książkach. Pierwsze słowa Ciri skierowane do wiedźmina, budzą zaś we mnie bardzo mieszane odczucia.

Może nieco bawić fakt, że serial Netflixa popełnił zasadniczo bardzo podobne błędy, co jego polski odpowiednik z 2002 roku. Obie produkcje wyłożyły się na scenariuszu, choć każda z nich robi to na swój własny sposób. Zarówno serial Lauren Hissrich, jak i Marka Brodzkiego mają problemy natury technicznej, choć oczywiście występuje między nimi w tym aspekcie kolosalna różnica (na korzyść Netflixa – żeby nie było). W obu adaptacjach możemy natomiast doświadczyć dobrego aktorstwa. I choć preferuję główną trójkę bohaterów od Netflixa, tak mam problem zdecydować, która wersja Jaskra bardziej przypadła mi do gustu (choć obie są bardzo dobre). Nasz polski Borch w wykonaniu Andrzeja Chyry wypada zaś o klasę lepiej od Rona Cooka.

Pewne nadzieje na drugi sezon daje fakt, że twórcy wyciągnęli lekcję i być może będą wiedzieli, co należy poprawić. Nie wiem tylko, czy jest to możliwe z obecnym zespołem scenarzystów. Być może sam wątek fabularny nabierze spójności, ponieważ sama Saga w przeciwieństwie do opowiadań o wiele solidniej wiąże ze sobą bohaterów i przedstawia ciągłą historię. Obawiam się jednak, że po zmianach, jakie zostały nam zaserwowane w pierwszym sezonie, w kolejnym może zmienić się jeszcze więcej. Niektóre wątki po prostu nie wybrzmią, a inne kompletnie stracą sens. Fanatyczny i okrutny Cahir, poważne nadszarpanie potęgi Vilgefortza oraz brak choćby takiej Filippy Eilhart kładą poważny cień na przyszłe wydarzenia. Niestety, ale po tylu latach oczekiwań na serial jestem nim przykro rozczarowany.

Końcowa ocena to: 6/10