Wiedźmińskie

Siedliszcze

Łabędź z Poviss – część IV (ostatnia)

Zatarta przez czas ścieżka na stary mogilnik wiodła pod górę przez zarośnięte gęstymi i niesfornymi krzewami wertepy, usypane częściowo żwirem i skalnymi odłamkami. Pięli się wśród zwalonych pni oraz tkwiących gdzieniegdzie głazów, a drogę oświetlał im księżyc do spółki z świetlikami. Vesemir słyszał, jak idący za nim Lobar posapuje i utyskuje na druidzkie sposoby rozjaśniania mroku, potykając się co jakiś czas o wystające z ziemi kamienie i korzenie. Wiedźmin, jako że widział w nocy niewiele gorzej niż za dnia, zaproponował, że poniesie klatkę za niego, na co Lobar przystał ze sporą ulgą. Nie minął kwadrans, gdy wyszli z rzadkiej kępy brzóz na oblaną księżycowym światłem nieckę. Nieckę otaczały resztki niskiego, omszałego murku, w obrębie którego dawało się już zauważyć wiekowe kurhany oraz niewiele młodsze kamienie nagrobne, znacznie już nadgryzione zębem czasu. Gdy wiedźmin wszedł na teren żalnika, poczuł mocne drgnięcie medalionu. Rozejrzał się bacznie, lecz nie dostrzegł niczego niepokojącego. Wiek cmentarzyska wykluczał zaś obecność wszelkich trupojadów, które zwyczajnie nie miałyby tu na czym ucztować.

— Te cmentarzysko aż tętni od magii — mruknął rzeczowo.

— Bo zostało postawione nad silną intersekcją — wyjaśniła Sybilla. — Nie bez przyczyny je wybrałam. Magiczne właściwości takich roślin, jak choćby szalej, objawiają się tu z większą mocą.  Łatwiej też przeprowadzać magiczne rytuały.

— Łatwiej i niebezpieczniej.

— Więcej wiary, Vesemirze. Panie Lobar, doceniam waszą troskę o pana Rhyda, ale lepiej zrobicie jeśli zostaniecie tu na warcie, a nam dacie robić swoje. Te rzeczy wymagają spokoju i skupienia. Zresztą, czy naprawdę sądzicie, że jeżeli mielibyśmy nieuczciwe intencje, to zdołalibyście teraz coś przedsięwziąć wobec wiedźmina i druidki?

— Dobra — powiedział z ociąganiem. — Niech wam będzie. Ale będę miał was na oku. Na tyle, na ile pozwolą mi te przeklęte ciemności.

Najemnik wręczył im torbę z aparaturą, po czym usiadł na rozlatującym się fragmencie muru. Sybilla i Vesemir z łabędziem na plecach wkroczyli w głąb żalnika.

— Masz więc nadzieję, że ludowy obrzęd załatwi sprawę?  — spytała druidka.

— Owszem. To wypróbowany sposób. — Wiedźmin poprawił na ramionach uprząż od klatki. — Pierw posadzę Rhyda na grobowej płycie. W podaniach gminu stanowi łącznik pomiędzy światem śmiertelników a umarłych. Faktem jest zaś, że taka płyta spełnia rolę pewnego rodzaju magicznego uziemienia, co przydaje się podczas odczyniania uroków. Czarodziejom i uczonym zgadywać jak to dokładnie działa, mi wystarczy wiedza, że zdjęta klątwa nie ulatuje, ani nie rozprasza się w sposób żywiołowy, lecz wędruje ku ziemi, gdzie wygasa nikomu nie szkodząc.

— No proszę, jaki umny wiedźmin mi się trafił. A samą klątwę, jak rozumiem, będziesz chciał zdjąć o północy ów wywarem z szaleju, wspomagając się przy tym runicznym kręgiem oraz odpowiednimi inkantacjami?

— Oraz cierpliwym oczekiwaniem. Jakieś zastrzeżenia?

—Póki co nie. Zdam się na twą fachową rękę. Ale pozwolisz, że pomogę ci w tej części, która wymaga choć szczątkowych magicznych umiejętności. Niech w tym przypadku uroda i młodość ustąpią eksperiencji.

— Uroda i młodość to ja. Ale ta cała eksperiencja, to niby kto? — pociągnął drwinę dalej wiedźmin.

— Ach, już zapomniałam, jak też się ładnie odgryźć potrafisz. Ale przełóżmy te nasze miłe pogawędki na późniejszą porę. Postaw tutaj łabędzia i poszukaj tego swojego szaleju czarnego.

— Jesteś druidką, może jednak ty… — przebąknął wiedźmin.

—Jeszcze czego. Myślał, że jak ma pod ręką babę, to ją zagna do przebierania w chaszczach. Nie mów tylko, że nie zdołasz go rozpoznać. Jak sam mówiłeś, robiłeś to już nie raz i nie dwa. Lepiej zresztą widzisz po ciemku. Ja w tym czasie poszukam odpowiedniego grobu i zacznę przygotowania do nakreślenia kręgu.

Vesemir odszedł na bok, powtarzając pod nosem przekleństwo, które zasłyszał lata temu od pewnego krasnoludzkiego grabarza – jak ulał pasowało do miejsca, w którym się własnie znajdował. Niedaleko pobliskiego nagrobka zauważył wyróżniające się wśród bujnej zieleni płatki białego mirtu oraz zimejki. Widział również wysokie łodygi krwawnicy i fioletowe kwiaty łubiny, rozłożyste liście kozłka lekarskiego, a także pomarańczowe pylniki jeżówki purpurowej. Obszedł powoli kilka mogił, starając się zbytnio nie bezcześcić miejsc wiecznego spoczynku zmarłych. W końcu na środku zarośniętego kurhanu zauważył wysoką na stopę roślinę o ząbkowanych liściach i brudnożółtych kwiatach zebranych w grono.

— Tuś mi, bratku — powiedział Vesemir, chwytając szalej za lepką, włochatą nasadę łodygi oraz wyciągając go wraz z korzeniem z ziemi.

Zadowolony z szybko zakończonych poszukiwań ruszył szparko z powrotem do Sybilli i Rhyda. I wtedy zrozumiał, że coś jest nie tak. Klatka z łabędziem zniknęła. Po Sybilli rzecz jasna też nie było widać śladu. Wiedźmin zaklął, jeszcze paskudniej niż ostatnim razem. Szybko dotarł do miejsca, gdzie zostawili Lobara. Najemnik spał jak zabity. Vesemir próbował go ocucić energicznym i bezceremonialnym uderzeniem w pysk, ale z równym powodzeniem mógłby próbować wybudzić ze snu legendarnych rycerzy spod Gór Pustulskich.

Dałem się jej urobić jak dziecko, pomyślał wiedźmin. A przecież mogłem podejrzewać ją o coś podobnego. Ta cała historia z miłośnicą Rhyda, odbieganie od tematu u van Dijka, konflikt druidów z szlachtą i przemysłowcami, nieobecność na wiecu… Jak uparte oślisko nie chciałem połączyć faktów. Faktów, które mówiły, kto stoi za przemianą Rhyda.

Vesemir otrząsnął się z próżnych myśli, zaczął szukać śladów. Właściwie wysoka trawa porastającą tę dziką gęstwinę powinna mu ułatwiać zadanie. Kobieta targająca na plecach kojec z łabędziem musiała w końcu zostawiać wyraźne wgniecenia w roślinności. Sybilla była jednak w końcu druidką potrafiącą manipulować przyrodą (choć zapewne za podobne określenie niejeden druid gotów byłby się oburzyć) i jako taka zadbała, by nic nie naprowadziło wiedźmina na jej trop.

Widząc, że swymi „zwykłymi” zmysłami wiele nie wskóra, sięgnął do skórzanej torby po fiolkę z ciemnego szkła. Uklękłszy na ziemi, wstrząsnął lekko naczyniem, po czym odkorkował je i wypił całą zawartość. Wkrótce dzięki przyśpieszonemu metabolizmowi eliksir dostał się do krwiobiegu, a Vesemir poczuł znane mu aż za dobrze uczucie wywołane działaniem mieszanki pokrzyku, tojadu oraz świetlika. Wraz z lekkim zawrotem głowy świat na krótko rozmazał się i zafalował, by już po chwili zyskać gwałtownie na ostrości. Noc wręcz zajaśniała chwilowo od blasku księżyca, a kontury pobliskich nagrobków zarysowały się niezwykle wyraźnie na tle otoczenia. Wzrok jak zwykle prędko się jednak zaadaptował, nieprzyjemnie silny kontrast osłabł pozwalając nadal na niemal doskonałe widzenie w mroku. Wyczulił się także nadzwyczajnie słuch, a na tym ostatnim zależało wiedźminowi niemal najbardziej.

Początkowo wszystkie okoliczne dźwięki zlały się w jeden nierozróżnialny szum. Już po chwili Vesemir był jednak w stanie wyłowić z niego poszczególne dźwięki składające się na cały leśny koncert – szum drzew, nawoływania ptaków, cykanie świerszczy oraz rechot żab. Vesemir zamknął oczy, pozwalając by cała jego uwaga skupiła się na zmyśle słuchu. Nagle od wschodu, z odległości niecałych trzystu kroków dotarł do niego dosyć charakterystyczny szelest krzaków. Oczywiście mogło go wywołać jakiekolwiek zwierzę – choćby spłoszona łania. Wtedy jednak wiedźmin usłyszał coś, co kazało mu się pozbyć wszelkich wątpliwości co do źródła tego dźwięku – chrapliwe poskrzekiwanie łabędzia. Moment później wiedźmin już w pełnym biegu przesadzał niski mur cmentarzyska i spieszył w stronę ciemnej ściany lasu.

*****

Jedno Vesemir musiał Sybilli przyznać – jak na stosunkowo niewielką kobietę obciążoną ładunkiem przedzierała się przez leśne zarośla zaskakująco sprawnie i szybko. Pomyślał jednak, że właściwie nie powinien się niczemu dziwić. Jako druidka musiała znać te tereny całkiem dobrze, a dzięki umiejętności naginania przyrody do swej woli zyskiwała nad nim niemałą przewagę.

Ślady w terenie niewiele mu mówiły, a nawet jeśli wskazywały na jakiś trop, to zapewne na fałszywy. Wobec tego Vesemir starał się polegać głównie na swym słuchu, choć i tu robiło się coraz trudniej. Po wcześniejszej wpadce Sybilla zadbała najwyraźniej o to, by łabędź trzymał dziób na kłódkę. Wiedźmin pokładał więc teraz sporo nadziei w swoim instynkcie. Oraz szczęściu.

I jak to zwykle bywa w beznadziejnych sytuacjach, te postanowiło mu w końcu dopisać – i to na dodatek w sposób wyjątkowo banalny. W runie leśnym dostrzegł bowiem białe, lekko postrzępione łabędzie pióro. Miejsce, w jakim je zaś znalazł, wskazywało, że druidka zeszła w dół zbocza. Vesemir prędko podjął trop, przy czym zauważył, że ślady od tego momentu zaczynają być bardziej zauważalne i jednoznaczne. Tak jakby kobieta pomyślała, że zdołała zgubić pościg i postanowiła przestać marnować czas i energię na mylenie go.

Minęło jeszcze trochę czasu, zanim wiedźmin przedarł się przez gęstwinę olsz, jesionów, pokrzyw, czeremch i cholera jedna wie, czego jeszcze.  W końcu wydostał się z łęgu na otwartą przestrzeń. Jakieś dwadzieścia kroków przed nim rozpościerało się niewielkie jezioro z brzegami porośniętymi trzciną oraz tatarakiem. Właśnie nad brzegiem dostrzegł odwróconą do niego plecami Sybillę, która ukląkłszy, zmagała się z otwarciem klatki łabędzia. Musiała go jednak usłyszeć, gdy się zbliżył, bo nagle spuściła jakby w rezygnacji głowę i wyprostowała się.

­— No i masz babo placek — westchnęła niemal niewinnie. — Nie łudziłam się wprawdzie, że cię całkiem zgubię, ale mogłeś mi zrobić tę przyjemność i powłóczyć się jeszcze trochę po lesie. Ale skoro tak… — Druidka wysunęła ręce spod opończy i uniosła je powoli do góry.

— Czekaj, do cholery! Nie chcę walczyć! — krzyknął wiedźmin wysuwając dłonie w pojednawczym geście. Czuł, jak medalion reaguje na wzbierającą wokół niej magiczną energię.

— Wiem — powiedziała tym razem już całkiem poważnie, z nutą smutku nawet. — Ale prawda jest taka, że nie ma z tej sytuacji innego wyjścia. Sprawy zaszły za daleko i choćbym nawet chciała, nie mogłabym się wycofać. A i ty przecież nie ustąpisz, dobrze to widzę.

— Nikomu jeszcze nie stała się krzywda ­— powiedział łagodnym i opanowanym tonem Vesemir. — Odczarujemy Rhyda i każdy pójdzie w swoją stronę. Nie będę cię zatrzymywał.

— Daj spokój. Chyba nie chcesz mi wmówić, że się jeszcze wszystkiego nie domyśliłeś. Wiesz już zapewne, że to ja byłam ową „kochanką” Rhyda i że to do mnie popłynął w noc Belleteyn. Jak już wpadłeś na to podczas rozmowy z van Dijkiem, chciał wtedy zakończyć naszą znajomość, by móc polecieć w zaloty do Aldony.

— Co pogrzebało plany tobie i Kręgu — kontynuował spokojnie wiedźmin. Zamierzał przynajmniej na jakiś czas zająć ją rozmową. Nie wiedział jeszcze co prawda dokładnie, co może na tym zyskać. Mógł mieć tylko nadzieję, że jego ulubione przysłowie o wieszaniu i szklance wody i tym razem przyniesie jakieś rezultaty. Najlepiej pozytywne.  — Bo przecież uwiodłaś Rhyda w konkretnym celu, prawda? Co chcieliście osiągnąć? Rozbić zawczasu sojusz między królem a przedstawicielem uprzemysławiającej się szlachty? Rhyd w końcu stał się panem bogatych rud żelaza, a żeniąc się z kuzynką króla, zmniejszyłby wasz wpływ na dworze. Wasze starania o zachowanie naturalnego środowiska poszłyby w diabły.

— W jednym się mylisz, mój domyślny wiedźminie. Działałam sama. Owszem, Krąg aprobował z początku mój związek z Rhydem. Pierwotnie miałam po prostu na niego wpłynąć, zrobić z niego sojusznika naszej sprawy. Nadawał się – jego ród posiadał znaczną pozycję w królestwie, a ich dochody nie były tak bardzo uzależnione od górnictwa i przemysłu. No i…Rhyd miał w gruncie rzeczy dobre serce. Ale pech chciał, że niespodziewanie odziedziczył po krewnym pokaźne rudy żelaza i wtedy jakoś stracił zapał do naszej idei. — Sybilla uśmiechnęła się cierpko. — Do tego doszła ta cała Aldona, sprawy się skomplikowały. Uznałam, że trzeba zacząć działać bardziej radykalnie, ale moi druhowie stchórzyli, nie chcieli słuchać o moim planie. Postanowiłam wziąć więc sprawy we własne ręce, wiedząc, że jeśli coś pójdzie nie tak, to Krąg się ode mnie obróci i uzna za renegatkę. Zagrałam jednak chyba zbyt ostro, bo Rhyd przejrzał moją grę. To właśnie podczas Belleteyn powiedział mi, że z nami koniec oraz zagroził, że oskarży mnie i wszystkich druidów o spisek przeciw koronie.

— I wtedy postanowiłaś zmienić go w łabędzia. Nie mogłaś wybrać czegoś innego? Czegoś co ci, no nie wiem, nie odleci?

— Działałam żywiołowo — odpowiedziała rozdrażniona druidka. — Chciałam chyba, żeby zmienił się w to, co uosabia jego pieprzoną, rodową ambicję – herbowego łabędzia. Zresztą nie w tym rzecz, w co się zmienił. Byłam pewna, że po przemianie wygaśnie jego poprzednia świadomość, że będzie się zachowywał się jak zwykły, pospolity łabędź.

— Ale się nie zachowywał. Zanim zdążyłaś zareagować, uciekł ci do swojej rezydencji w Lan Exeter. Krótko mówiąc, spartoliłaś robotę. Rozumiem, że te ataki, które miał po porze karmienia to też twoja sprawka?

— Naprawdę nie wiem po co ci to wszystko mówię — powiedziała wręcz nieco rozbawiona tym faktem Sybilla, kręcąc przy tym głową. —Ale tak, to też moja sprawka. Wysłużyłam się służbą Rhyda, żeby doprawić mu jedzenie specyfikiem, po którym zapragnąłby do mnie wrócić. Nie wyszło. Znowu — zakończyła gorzko-drwiącym tonem.

— I co dalej? Jak zamierzałaś to niby wszystko zakończyć? Co chciałaś zrobić z Rhydem, van Dijkiem czy Lobarem? Ze mną?

— Przyznam, że twoje pojawienie się było kroplą, która przelała czarę goryczy. Uznałam, że musi wisieć nade mną jakieś cholerne fatum. Ale nie mogłam odpuścić i pozwolić ci działać, bo odczarowany Rhyd z pewnością wszystko by wygadał. Postanowiłam improwizować. Zamierzałam wykluczyć was z rozgrywki po drodze, co niemal mi się udało. Lobara uśpiłam, ale wiedziałam, że z tobą nie pójdzie mi tak łatwo. — Sybilla uśmiechnęła się krzywo. — Pomyślałam, że przynajmniej zostawię cię w tyle i kupię sobie dość czasu, by rozprawić się w końcu z tym przeklętym łabędziem.

— To znaczy? Przecież nie zabiłabyś go.

— Takiś pewny? — Zmierzyła go prowokującym spojrzeniem, ale widząc, że nie da się na to złapać, zdecydowała się na szczerość. —  No dobrze, masz rację. Nie jestem aż tak radykalna. Gdybym posiadała większe zdolności, mogłabym go odczarować a potem odpowiednio zrekonstruować mu pamięć. Ale to nie moja specjalizacja. Postanowiłam więc, że przynajmniej magicznie rozbudzę w nim zwierzęcy instynkt, przez co całkiem zdziczeje i odleci z kluczem łabędzi hen, hen daleko.

— Bardzo romantyczne. Ale chyba o kimś zapomniałaś.

— Och, nie zapomniałam. Długo myślałam, co z tobą zrobić. Należysz do tego wymierającego gatunku ludzi, którzy wierzą, że prawy charakter i szczerość decydują o wartości człowieka. — powiedziała rzeczowym tonem. — Nie przekupię cię. A nawet jeśli popierasz moje racje, to nie staniesz po mojej stronie, bo masz poczucie obowiązku. Może i puściłbyś mnie wolno, ale gdy van Dijk spyta cię, co się naprawdę stało, nie skłamiesz mu. A wtedy Krąg dla własnego dobra będzie musiał mnie wykląć. Stracę jedyną rodzinę, a moja misja poniesie klęskę. Dlatego jedynym rozwiązaniem dla nas jest walka. Jeśli zginiesz, powiem, że chciałeś mnie wyeliminować, by zgarnąć dla siebie całą nagrodę, a ja musiałam się bronić. Wiem, niezbyt to ładne — skonstatowała cierpko. — Żałuję, że nie poznaliśmy się w innych okolicznościach, Vesemirze. A teraz do dzieła. Udało ci się zająć mnie rozmową na wystarczająco długo! — wykrzyknęła, po czym rzuciła rękoma zaklęcie, które przygotowywała już od dłuższego czasu.

Powietrze przecięła zielona sfera energii, którą Vesemir zatrzymał tuż przed nosem odruchowym Znakiem Heliotropu. Znak odbił zaklęcie, ale impet uderzenia był na tyle duży, że wiedźmin poleciał do tyłu i wylądował twardo na plecach. Ledwo się podniósł, gdy z ziemi wystrzeliły ku niemu grube, kolczaste pnącza, które przystąpiły do owinięcia się wokół jego ciała. Wiedźmin jednak nie zamierzał skończyć jako ludzki żywopłot. Szybki piruet wyniósł go poza główny obszar zmasowanego ataku oraz pozwolił uchylić się przed łodygą zamierzającą zacisnąć się na jego szyi. Następne dwa kolejne pędy przeciął mieczem, który nie wiedzieć kiedy znalazł się w jego dłoni. Spróbował uchylić się przed następnym atakiem, ale nieoczekiwanie stracił równowagę przez pnącze, które owinęło się wokół jego lewej nogi. Poczuł jak ciernista roślina wrzyna się boleśnie w mięso. W tym samym momencie inne kłącze smagnęło go przez twarz rozcinając mu policzek – na szczęście dość płytko. Wiedźmin nie czekając na kolejny atak, złożył palce w Znak Igni i potraktował pędy snopem iskier. Wiele z nich opadło na ziemię, zwijając się i kurcząc pod wpływem trawiącego je ognia. Reszta roślin wycofała się, zaś te bardziej uparte prędko padły od wiedźmińskiej klingi.

Vesemir uwolnił nogę z resztek pnącza i ruszył plażą jeziora ku Sybilli. Nagle poczuł jednak jak podmokły grunt zapada się pod jego stopami. Im usilniej próbował się wydostać z ruchomych piasków, tym szybciej się w nich pogrążał – już po chwili tkwił w nich po kolana. Druidka natomiast przygotowała się do rzucenia zaklęcia, które najwyraźniej miało przynieść walce ostateczne rozwiązanie. Inktantacja dobiegała już końca, gdy nieoczekiwanie na Sybillę skoczył łabędź, który musiał otworzyć sobie jakimś sposobem poluzowane drzwiczki klatki. Kobieta zaklęła próbując bronić się przed ptakiem, a zniekształcone zaklęcie chybiło w stary pień leżący na brzegu jeziora, zmieniając go w kupę wodorostów. Vesemir nie dziwił się zbyt długo, wykorzystał dany mu czas, by zatrzymać proces osuwania się piasków Znakiem Yrden, po czym wygramolił się na zewnątrz.

Sybilla najwyraźniej straciła już dość mocy magicznej, bo widząc zbliżającego się wiedźmina postanowiła sięgnąć po bardziej tradycyjne środki. Zanurzyła dłoń w torbie z ziołami, po czym sypnęła jej zawartością wprost w jego twarz. Vesemir miał na tyle szybki refleks, by odwrócić głowę i zasłonić się ręką, niewielka część zmielonej na pył ziołowej mieszanki dostała mu się jednak do oczu. Chwilowo stracił orientację, kątem oka zdążył jedynie wyłowić błysk ostrza – najprawdopodobniej sierpaka, którego druidka nosiła za pasem.

Momentalnie i bezwiednie zadziałały stare, wyuczone mechanizmy. Odskok, parada chroniąca kark i głowę, a następnie cięcie na wysokości tętnicy udowej. Vesemir poczuł jak ostrze napotyka na lekki opór, usłyszał ciche westchnięcie kobiety. Przetarł oczy, do pełni wzroku nadal mu jeszcze trochę brakowało. Zdołał jednak zobaczyć leżąca na plaży Sybillę z dłońmi przyłożonymi do uda, z którego broczyła krew. Podniosła na niego znad rany zachodzące powoli mgłą oczy. Oboje milczeli. Vesemir nie poruszył się, również wtedy gdy oddech druidki ustał, a jej twarz zastygła w grymasie żalu. Dawno już nie czuł się równie źle. Podszedł powoli do Sybilli, przymknął jej powieki. Spojrzał na łabędzia, który stał tuż obok z smutnie zwieszoną szyją. W końcu wstał, schował łabędzia do drewnianej klatki i ruszył z nią z powrotem na cmentarne wzniesienie, utykając lekko na lewą nogę.

*****

Gdy dotarł na miejsce, Lobar nadal drzemał. Wiedźmin uznał, że tak w sumie jest lepiej, nie próbował go więc budzić. Cała aparatura była na szczęście na swoim miejscu, a odszukanie szaleju przebiegło szybko i sprawnie. Ponieważ do północy pozostało niewiele czasu, przystąpił od razu do przygotowania naparu. Rozstawił sprzęt na dobrze zachowanej płycie nagrobnej, a na ziemi rozpalił niewielki ogień, na którym podgrzał wodę przyniesioną w bukłaku. Zerwał z łodygi rośliny pięć najzdrowszych liści, po czym zalał je wrzątkiem, wypowiadając przy tym po cichu magiczną formułę. Po mniej więcej kwadransie odcedził napar do wąskiego naczynia. Następnie spalił resztę szaleju w ognisku, a popiół wymieszał z solą, którą nosił na podobne okazje w skórzanej sakiewce. Uzyskanym w ten sposób pyłem narysował wokół płyty nagrobnej magiczne runy, które miały stworzyć odpowiednią aurę oraz zwiększyć szanse na pomyślne przeprowadzenie rytuału.

Wiedźmin spojrzał na niebo – Księżyc świecił wysoko, co oznaczało, że nadszedł już czas. Wyciągnął łabędzia z klatki i położył go na grobowej płycie. Zwierzę zachowywało się nieco niespokojnie, ale Vesemir nie chciał marnować energii na Znak Aksji. Ograniczył się więc do uspokajających słów, które musiały wystarczyć. Gdy uznał, że wszystko jest gotowe, napoił powoli Rhyda naparem z szaleju, wyszeptując przy tym słowa starej formuły. Następnie uklęknął u podstaw nagrobka i podniósłszy dłonie rozpoczął inkantację.

— Na siły nieba i ziemi! Na Księżyc wędrujący po niebie! Na pamięć przodków spoczywających w tej zimnej glebie! Niech z ich mocy przepadnie wiążącą cię klątwa!

Wiedźmin spojrzał na łabędzia, który jednak w żaden szczególny sposób nie zareagował na jego słowa. Nie zraził się tym i kontynuował.

— Porzuć formę, która więzi twe ciało! Powróć do swej prawdziwej postaci! Niech odwróci się to, co niegdyś się stało! Wróć na łono swoich ludzkich braci!

Medalion ledwie zawibrował od słabego tchnienia magii. Vesemir zdecydował się na ostateczny środek.

— Na śmierć tej, która cię przeklęła! Na krew niepotrzebnie przelaną! Ty, który byłeś człowiekiem, opuść formę, która tobą zawładnęła! Synu z krwi ojca i matki, bądź znów Rhydem!

Przez chwilę zdawało się, że nic się nie stanie. Nagle jednak postać łabędzia rozjarzyła się białym blaskiem, który powędrował w dół ku kamiennej płycie. Gdy cały ładunek został przekazany, płyta pękła na dwoje.  Na niej zaś, zamiast łabędzia, klęczał nago młody, ciemnowłosy mężczyzna, którego wyróżniały różnobarwne tęczówki. Mężczyzna zachwiał się i byłby się przewrócił, gdyby w porę nie podtrzymał go wiedźmin. Wzrok miał nieco obłąkany.

— Kim jesteś? Jak się nazywasz? — zapytał Vesemir, próbując skupić jego uwagę na sobie.

— R-R-Rhyd. Jestem Rhyd. Z Lan Exeter — wybąkał rycerz.

— No, witamy wśród ludzi, panie Rhydzie. — odetchnął wiedźmin. — Wiem, jesteś w szoku, ale niedługo powinien minąć. Pamiętasz cokolwiek?

— Jak przez mgłę. Tak jakby to był sen. Ale przypominam sobie Sybillę… Walkę nad jeziorem. Ona…

— Nie żyje — potwierdził ponuro Vesemir.

Rhyd skinął głową, trudno było odgadnąć, co właściwie miało to znaczyć.

— Jesteś wiedźminem, tak? — podjął po chwili milczenia. — Nazywasz się…

— Vesemir. Odpowiem na wszystkie twoje pytania, panie, ale później. Póki co pomogę ci się ubrać, bo możesz nabawić się zapalenia płuc. — Wiedźmin sięgnął po torbę z odzieniem Rhyda, którą dostał od van Dijka. — A później dobudzimy Lobara, mam wrażenie, że ma już dość snu.

*****

Rankiem, po odespaniu kilku godzin i względnym „wyleczeniu” ran, Vesemir stawił się w tej samej komnacie, w której pierwszy raz spotkał Rhyda i van Dijka. Było ich tym razem tylko trzech. Rhyd zażywał kąpieli przy kominku w obszernej drewnianej balii, kontakt z wodą dobrze mu bowiem służył. Była to pozostałość po klątwie, podobnie zresztą jak jego nowe zamiłowania kulinarne. Szef kuchni zdziwił się nieco, gdy musiał mu naprędce przyrządzić małże z dodatkiem kłączy pałki wodnej smażonych na maśle.

— Mój pan Rhyd oraz ja jesteśmy ci bardzo wdzięczni, mistrzu Vesemirze — zaczął zarządca. — Nie tylko zdjąłeś klątwę, ale powstrzymałeś również tę cholerną…

— Darujmy sobie przykre słowa, panie van Dijk — powiedział Vesemir. — Nie obrażajmy pamięci zmarłej.

— Wasza wola. Niemniej…

— Dosyć, panie Albrechcie — przerwał stanowczo Rhyd. — Nie przeciągaj struny. Chcę ci jeszcze raz osobiście podziękować, wiedźminie. A przy okazji chciałbym też, żebyś powiedział mi coś więcej o skutkach ubocznych tej klątwy. O kąpielach i nowej diecie już wspominałeś wcześniej. Co powinienem jeszcze wiedzieć?

— Niewiele ponadto. Szanse, że klątwa powróci są niemal zerowe. Nie był to jakiś wyjątkowo mocny urok…

— Ale jednak nie całkiem zerowe? Jasna cholera. Czy mam się spodziewać, że z dupy wyrosną mi nagle białe piórka?

— Nie sądzę. Dla świętego spokoju możesz jednak panie kazać sobie sporządzić talizman z malachitu. Ochroni przed ewentualnym nawrotem klątwy.

— Dzięki. A teraz wynagrodzenie. Panie Albrechcie, zapłaćcie mistrzowi obiecane sześćset bizantów.

— Mój panie — wtrącił cicho zarządca — sześćset było do podziału na nich dwóch. Został jeden…

— Dość! — warknął Rhyd, waląc przy tym dłonią w taflę wody. — Widzę, że trzeba będzie tu przywrócić dawne porządki. Zarządzaliście w moim imieniu pod moją nieobecność, ale ja wróciłem! A teraz przekaż mistrzowi należność, bez gadania — zakończył z pewnym żalem w głosie.

Vesemir z kamienną miną odebrał pieniądze, podziękował za nie głębokim ukłonem głowy.

— Jeśli mogę coś jeszcze dla ciebie zrobić, mów śmiało — rzekł Rhyd.

— Właściwie miałbym jedną prośbę — odpowiedział Vesemir po głębszym namyśle. — Jest tu w stolicy pewien niziołek – Medock Biberveldt…

 

*****

Wiedźmin stał na nabrzeżu, mając przed sobą niezwykle zgiełkliwy i tętniący życiem stołeczny port. Krążące po jasnym niebie mewy próbowały z różnym skutkiem przekrzyczeć skrzypienie kół żurawi oraz przekleństwa dokerów. Między dokami a magazynami krążyły skrzynie oraz beczki z towarem pochodzącym z różnych stron świata. Wiele z nich posiadało pieczęcie Novigradzkiego Cechu Kupców. Bardziej bywali ludzie mogli rozpoznać także sygnatury takich miast jak Gors Velen, Cidaris czy Cintry. Trafiały się nawet beczki z enigmatycznymi symbolami słońca, które przybyły z niezwykle odległego i niemal nikomu nieznanego Nilfgaardu.

Vesemir przerwał obserwacje doków, sięgnął pod przeszywanicę i wyciągnął mały cynowy talizman.  Zwrócił mu go Brom, gdy wracali nocą szkutą do miasta. Wiedźmin nie miał pojęcia, co powinien z nim zrobić. Do biesa, robię się sentymentalny, pomyślał. Postanowił, że odłoży tę decyzję na inną godzinę, po czym schował amulet i podniósł wzrok. I wtedy, wśród tłumu przechodniów, dojrzał postawnego, płowobrodego druida, który zmierzał w jego kierunku.

—  Dopiero co dostałem wiadomość od posłańca. Myślałeś, że zmyjesz się bez pożegnania? — zapytał właściwie retorycznie Myszowór, po czym zdecydował się przejść do konkretów. — Mam więc rozumieć, że wypływasz jeszcze dzisiaj?

— Tak. Mam chyba jak na razie dość Koviru i Poviss. Wyciągnąłem stąd zresztą wystarczająco ładną sumkę.

— Myślisz, że nagle uwierzę, że zależy ci na pieniądzach? Po tym jak przekazałeś trzysta bizantów kovirskiemu Kręgowi? — prychnął Myszowór, ale po chwili złagodził ton. — Ech, chodzi o Sybillę, prawda? Niepotrzebnie się obwiniasz.

— Płynę na południe, najpewniej do Novigradu — zmienił temat wiedźmin, choć niezbyt wyszło mu opanowanie głosu i twarzy. — Kapitan statku jest przesądny, chce mieć wiedźmina na pokładzie, gdyby syreny zaczęły się naprzykrzać.

— Niech ci będzie — poddał się druid. — I nie martw się, tak jak poprosiłeś mnie w liście, zadbam o to, by Sybilla otrzymała pochówek zgodny z druidzkim obrzędem.

— Dziękuję ci, druhu. Bywaj zdrów. — Wiedźmin uścisnął Myszowora.

— Ty również, Stary Wilku. I pozdrów tego fanfaorona, Geralta.

— Bez ochyby.

Po pożegnaniu z Myszoworem Vesemir postał jeszcze chwilę w porcie, po czym wszedł na pokład kogi o nazwie „Prakseda”. Tam nieoczekiwanie przyszło mu spotkać jeszcze jedną znajomą twarz.

— Ha! Nie sądziłem, że cię tu jeszcze spotkam, wiedźminie — powitał go pogodnie niziołek.

— A ja wręcz przeciwnie — uśmiechnął się Vesemir.

— No tak. To ty się w końcu za mną wstawiłeś u Gildii, prawda?

— Niech będzie, że ja.

— W takim razie pięknie dziękuję — powiedział Biberveldt, kłaniając się przesadnie. — W ramach podzięki przyjmij proszę ten drobny podarunek. Niestety odszkodowanie ledwo pokryło moje straty oraz koszty podróży, więc to jedyne co mogę ci zaofiarować.

Vesemir wziął do ręki drobny, podłużny przedmiot. Była to kunsztownie wyrzeźbiona w orzechu fajka. Jej główkę pokrywały eleganckie liściaste motywy. Wiedźmin słyszał, że na rynku kolekcjonerskim niektóre fajki niziołków potrafią osiągać zawrotne ceny. Ta nie była zapewne aż tak cenna, niemniej była to nadal niezwykle gustowna rzecz.

— Fajka do palenia pheriańskiego ziela. — powiedział z uznaniem. — Teraz to ja dziękuję, panie Medocku. Chociaż znałem czarodzieja, który zwykł mawiać, że palenie tego ziela spowalnia umysł.

— Co za pieprzone bzdury! — zaperzył się niziołek. Następnie wyciągnął z kubraka własną fajkę oraz mały woreczek.

Po chwili obaj ćmili z fajek pheriańskie ziele, obserwując z pokładu, jak „Prakseda” szykuje się do opuszczenia Lan Exeter i wypłynięcia w Morze Północne.

 

KONIEC

 

Źrodła:

  • Concept arty z gry Wiedźmin 3: Dziki Gon

Strony: 1 2