Wiedźmińskie

Siedliszcze

Łabędź z Poviss – część IV (ostatnia)

Rok 1211. Przez zimne i deszczowe królestwo Koviru i Poviss podąża szlakiem Vesemir – wiekowy mistrz wiedźmińskiego cechu, preceptor Geralta z Rivii i jeden z ostatnich członków starszyzny Szkoły Wilka. W Lan Exeter, mieście na wodzie i zimowej stolicy Koviru, przyjdzie mu się podjąć zdjęcia tajemniczej klątwy z Łabędzia z Poviss. Zapoznajcie się z trzecią, przedostatnią częścią opowiadania opartego na jednym z słynniejszych zleceń Vesemira z Kaer Morhen.  

IV

Vesemir opuszczał gmach ratusza z przeświadczeniem, że stracił wyłącznie czas – nie żeby był tym jednak jakoś szczególnie zaskoczony. Prawdę mówiąc, spodziewał się tego. O nagrodzie za zabitego na mokradłach mglaka nie mogło być rzecz jasna mowy. Po pierwsze, nikt wcześniej o nim właściwie nie wiedział. Po drugie, Vesemir nie zabrał ze sobą żadnego dowodu walki – tak się bowiem złożyło, że w tamtym momencie bardziej go obchodziło bezpieczne wydostanie się z bagien niźli odrzynanie łba ubitemu stworowi.

Pomyślał jednak, że skoro z pieniędzy nici, to może chociaż da znać władzom miasta, by zajęły się problemem rozwoju populacji mglaków i związanego z nim bezpieczeństwa okolicy. Wtedy mu jednak powiedziano, że zarówno mokradła, jak i zamieszkujące je stworzenia, znajdują się pod czułą opieką miejscowego Kręgu druidów. Doradzono mu więc, by rychło się stamtąd zabierał, nim ktoś się nim zainteresuje.

Vesemir skorzystał z rady i spacerował teraz promenadą wzdłuż Wielkiego Kanału. Mijał wystawne, kolorowe kramy kupców, które wabiły wzrok błyskotkami i bibelotami, a węch przyjemnymi zapachami wypieków oraz lokalnych przysmaków. Przechodził między gawędzącymi i targującymi się mieszczanami, wścibiającymi wszędzie nos dziećmi oraz żebrakami, którzy prześcigali się w coraz to wymyślniejszych sposobach na wysępienie jałmużny. Jednym słowem, chłonął uroki i nieuroki zimowej stolicy Koviru.

Jego uwagę przyciągnął chwilowo obwoźny teatrzyk kukiełkowy, przed którym zebrała się spora gromada niedorostków z rozdziawionymi buziami. Pokaz przedstawiał romantyczną, blisko półwieczną historię Esterilla Thyssena oraz Agnes z Aedirn, którzy zapałali do siebie uczuciem mimo sprzeciwu ich ojców – margrabiego Edmunda oraz króla Videmonta. Vesemir natknął się właśnie na moment, kiedy to zgodnie z legendą para kochanków uciekła konno przed gniewem rodzicieli do wiedźmińskiej warowni Kaer Morhen w Górach Sinych. Vesemir naturalnie nic na ten temat nie wiedział, pokręcił więc tylko głową. Nie myślał jednak wtrącać się do opowieści i psuć radości rzeszy dzieciarni. Każde z nich spragnione jest w końcu bajek, pomyślał.

Vesemir był zbyt stary, by pamiętać swe szczenięce lata, szczątkowe wspomnienia były już niemal całkiem spowite mgłą niepamięci. Nie podejrzewał jednak, by jego dzieciństwo mogło odchodzić w jakiś szczególny sposób od utartych, wiedźmińskich norm. Okres beztroskich lat w każdym razie zostawił za sobą w chwili przekroczenia bramy Kaer Morhen, a być może jeszcze wcześniej. Mimo tego, gdy kilkadziesiąt lat później, już jako mistrz, opowiadał z rzadka w zimnych murach zamczyska młodym wiedźminom bajki do snu, wspomnienia odżywały. W oczach Eskela, Geralta oraz innych wychowanków dostrzegał ten sam błysk wyrażający głód opowieści, który za nic miał całodniowe zmęczenie, ból oraz kolekcję siniaków.

Część wiedźminów twierdziła, że takie bajdurzenie wpaja młodzikom błędne przekonanie o świecie oraz wykształca w nich sentymenty, których przyszły łowca potworów powinien się wyzbyć. Choć Vesemir spokojnie wysłuchiwał tych argumentów, to robił swoje. Dziwił się, w jaki sposób bajka, dajmy na to, o kocie i lisie może wypaczyć psychikę młodych wiedźminów oraz położyć cień na ich przyszłej działalności. Cóż złego było w krótkotrwałym uwolnieniu ich głów od codziennych znojów oraz surowych treningów, które już niejednego chłopaczka pozbawiły życia? Co, jeśli właśnie potrzebowali tej odskoczni, by kompletnie nie postradać zmysłów i nie skończyć jako zimni, apatyczni mordercy. Co, jeśli on sam potrzebował tej prostej, zwyczajnej terapii?

Z rozmyślań wyrwał go znienacka znajomy głos zza pleców.

— Na brodę Amergina… Vesemir? Zagnało cię aż do Lan Exeter?

— Coraz ciężej o robotę — odparł sentencjonalnie Vesemir, po czym przywitał się krzepkim uściskiem z płowobrodym druidem. – Dobrze cię widzieć, Myszoworze. Właściwie mógłbym cię spytać o to samo. Co wyrwało cię ze Skellige?

— Sprawy Kręgu — odpowiedział pogodnie, wsparłszy dłonie na biodrach. — Zostałem wybrany wraz z dwoma towarzyszami, by reprezentować druidów z Wysp na tegorocznym wiecu naszego bractwa.

— Nad czym będziecie radzić?

— Zmniejszenie liczby ścieków, powstrzymanie wyrębów lasów, ochrona wymierających gatunków… Co cię zresztą będę zanudzał. Zwłaszcza tym ostatnim… — przymówił pozornie złośliwie druid.

Vesemir popatrzył na niego z wyrzutem spod siwych brwi, na co druid machnął tylko ręką.

— Daj spokój. Jeśli chodzi o te sprawy, to wy i tak nie dotrzymujecie kroku mnożącym się jak grzyby po deszczu kopalniom, hutom i manufakturom. Wy może dwa albo trzy razy na miesiąc usieczecie kikimorę czy oszluzga. A jeśli czegoś się nie zrobi z tym pędzącym na łeb przemysłem, to z tego kraju zostanie jałowe, skalne pustkowie.

— Obawiam się, że w walce z pogonią za zyskiem, ciche zagajniki oraz rwące strumyki mogą nie wyjść cało.

— Być może. Ale nie doceniasz przyrody, Vesemirze. Nie doceniasz nas i naszego wpływu na króla.

— Co masz na myśli?

— Jeszcze za wcześnie, by o tym mówić – nie chcę niczego zapeszyć. Jeśli jednak w kimś możemy szukać oparcia, to właśnie w Baldwinie. Powiedz lepiej, co u ciebie.

— Nic niezwykłego. Stara bieda, można powiedzieć. Pomyślałem, że może w Kovirze trochę się odkuję, ale chyba się, zaraza, przeliczyłem.

—  Niczego nie znalazłeś?

— Właściwie to znalazłem. Ale sprawa jest pogmatwana – chodzi o odczynienie uroku.

— Jakiego rodzaju?

— Tego nie mogę zdradzić. Zleceniodawcy bardzo zależy na dyskrecji – wręcz chorobliwie. Zresztą wiesz, że nasz Kodeks…

— Ach, tak… wasz Kodeks — uśmiechnął się porozumiewawczo druid.

— Ekhm… — chrząknął zmieszany Vesemir — Miałbym jednak do ciebie pewne pytanie. Mniemam, że dobrze znasz druidów z kovirskiego Kręgu?

— Całkiem dobrze. Czemu pytasz?

— Interesuje mnie jedna z nich. Ma na imię Sybilla.

— Sybilla… Chyba o niej nie słyszałem. Ale nie myśl, że znam wszystkich druidów rozsianych po Kręgach na całej Północy. Jak wygląda?

—Średniego wzrostu, długie włosy w kolorze miedzi, piegowata. Ma…cięty język i zadziorny charakter.

— Znaczy wpadła ci w oko — Wyszczerzył zęby Myszowór. — Nie wymawiaj się, wiem, że lubisz temperamentne. Geralt mi powiedział. On zresztą się chyba tym od ciebie zaraził.

— Szkoda, że się nie zaraził trzymaniem gęby na kłódkę i niepchaniem paluchów, gdzie nie trza — powiedział ostro Vesemir.

— No, ale to chyba nie od ciebie — parsknął Myszowór — A skoro mówimy o Geralcie… Byłem ubiegłej jesieni w Mayenie. Domyślasz się pewnie kogo tam spotkałem.

Vesemir spoważniał, a jego czoło zachmurzyło się, co można było wziąć za znak, że się domyśla.

— Mayena… Dziwne, że udało cię się ją tam zastać. Rzadko pozostaje w miejscu przez dłuższy czas… Rozmawiałeś z nią?

— Niedługo. I o niczym szczególnym. W każdym razie nie o nim, jeśli o to pytasz. Starała się bezpiecznie unikać tematu. — Druid zrobił pauzę i zamyślił się przez krótki moment. — Co on właściwie o niej wie, Vesemirze?

— Więcej niż chciałem mu powiedzieć — przyznał niechętnie Vesemir.

— Niedobrze — westchnął druid. — Obawiam się, że ta wiedza może nie dać mu spokoju. Będzie go jątrzyć jak ropiejąca rana. Co jakiś czas będzie się zastanawiał, czemu… — druid urwał wypowiedź.

—  Czemu go porzuciła — dokończył smutno Vesemir. — Być może. Ale to minie.

— Jesteś pewny?

— Wróćmy może do tematu. Jedno mnie zastanawia. Czy jeśli ta Sybilla należy do kovirskiego Kręgu, nie powinna brać udziału w wiecu?

— Hmmm… Teoretycznie tak. Słuchaj, Vesemirze, jeśli chcesz uzyskać konkretne odpowiedzi, musisz mi zadawać konkretne pytania i wyjaśnić mi co nieco. Jeśli zaś obawiasz się o dochowanie tajemnicy…

—  Dobra, dobra… Nie obrażaj mi się tu, druidzie.  Okazało się, że ta Sybilla ma być moją nieoczekiwaną i mimowolną partnerką w zdjęciu klątwy. Mamy się tym zająć razem dzisiejszej nocy. Już na początku zdziwiło mnie krzynkę, że druidka zaangażowała się w tę całą sprawę, a gdy teraz powiedziałeś mi o wiecu, całość zdaje się być jeszcze bardziej niecodzienna. Gdy zaś spytałem ją przynależność do kovirskiego Kręgu, wykręciła się z jednoznacznej odpowiedzi.

— Mogę ci rzec tyle, że nie wszyscy biorą udział w wiecu. Niektórym druidom na ten czas zostały zlecone konkretne zadania. Nie wydaje mi się jednak, żeby odpłatne zdejmowanie uroku z możnego pana należało do tego typu zadań.

— Nie mówiłem ci, z kogo będziemy zdejmować klątwę — uśmiechnął się półgębkiem Vesemir.

— Nie mówiłeś. Ale kogo innego byłoby stać na wynajem wiedźmina i druidki, i kto inny dbałby tak usilnie o dyskrecję? Dziwna sprawa. Pachnie mi to wolną druidką, która chadza własnymi ścieżkami. Z takimi czasem bywają problemy. Może nawet została wykluczona z Kręgu?

— To by pasowało do niej i do jej przekonań. Dzięki za rozmowę i pomoc, Myszoworze. Nieco mi pomogła.

— Nie ma sprawy. Popytam jeszcze o tą twoją Sybillę. A tak w ogóle to mam nadzieję, że po wszystkim się tu jeszcze spotkamy. Kto wie, kiedy się jeszcze skrzyżują nasze drogi?

— Kto wie. Postaram się ciebie później znaleźć. Bywaj tymczasem.

Po rozstaniu z druidem Vesemir pokręcił się jeszcze jakiś czas po głównej ulicy Lan Exeter, po czym skierował kroki ku najbliższemu pomostowi obsługującego miejskich wioślarzy. Po chwili płynął z powrotem ku siedzibie rycerza Rhyda, mijając wąskie, kolorowe kamienice mieszczan. Tak jak łódź nurzała się w mętnych wodach kanału, tak on nurzał się we własnych myślach, które obracały się zarówno wokół samego Rhyda, jak i Sybilli, druidów, lokalnej szlachty a nawet króla Baldwina. Łącząc zaś znane mu fakty, dochodził do wniosków, które wcale, ale to wcale mu się podobały.

*****

Różowa poświata wisiała wraz z szczątkowym, pomarańczowym dyskiem słońca nad zachodnim brzegiem Tanga, gdzie można było już dojrzeć rozpościerające się moczary, a powyżej nich ciemne, zalesione Wzgórza Mogilne. Kurs barki nie był obrany wprost ku zachodzącemu słońcu, odbijał lekko na północ, gdzie wśród jarów i parowów miało leżeć ukryte, stare, nieużywane już od kilku dekad cmentarzysko. Vesemir siedział na niskim, prosto ociosanym zydlu tuż obok drewnianej klatki, w której zamknięto łabędzia.

Ludzie van Dijka nie mieli zbyt wiele czasu na znalezienie dopasowanego oraz łatwego w transporcie kojca, mimo to spisali się całkiem nieźle. Pewien rymarz dorobił nawet do niego naprędce skórzane pasy, które po przewieszeniu przez ramiona pozwalały na stosunkowo wygodne taszczenie łabędzia na plecach. Mogło to się przydać zwłaszcza w późniejszej wędrówce przez nierówne i gęsto zarośnięte wertepy. Na początkowym etapie podróży lądem klatkę miał jednak targać muł, którego zdołano zmieścić na pokładzie barki. W jukach niósł także pozostałą część ich wyposażenia, w tym między innymi aparaturę do sporządzenia napar oraz odzienie dla rycerza Rhyda, by nie wracał do stolicy w pełnym negliżu.

Sam Rhyd w swej ptasiej formie zachowywał się względnie spokojnie, choć zdawał się być trochę zdezorientowany swoim nowym położeniem. Przeciągnął smukłą szyję między drewnianymi prętami klatki i rozglądał się bacznie po okolicy. Dość często zwracał głowę ku Sybilli, która przysiadłszy na brzegu pokładu, podciągnęła nieco suknię i moczyła w wodzie nogi. Od momentu wypłynięcia z przystani wiedźmin prawie nie zamienił z nią słowa. Czuł, że narasta między nimi napięcie, budując niewidzialny mur nieufności. Sybilla w końcu podwinęła nogi, podniosła się i obróciła ku wiedźminowi, patrząc mu wprost w jego bursztynowe oczy.

— Jedno muszę przyznać wam – wiedźminom. Nawet nie próbujecie specjalnie kryć się ze swoją niechęcia. Zastanawiam się jednak nad źródłem twych uprzedzeń. Nie wydaje mi się, by były one spowodowane musem dzielenia się ze mną nagrodą za zlecenie oraz moimi niezbyt taktownymi słowami o twoim cechu. No, przynajmniej niewyłącznie. Skąd wiec ta nabzdyczona mina, mistrzu?

— Tak sobie rozmyślam nad twoją obecnością tutaj. Nie powiem, trochę mnie ona dziwi.

— Rozumiem, że według ciebie wszyscy druidzi winni cięgiem tylko odprawiać modły do świętych drzew i nie wystawiać przy tym nosa zza puszczy?

— Nie — odparł spokojnie wiedźmin. — Poznałem dość wielu druidów. Niektórzy z nich całkiem często opuszczali borowe knieje, by nieść pomóc potrzebującym. Często nie biorąc za to od nich złamanego grosza. Dziwi mnie jednak to, że uganiasz się za zaklętym w ptaka szlachcicem, gdy niemal cała twa brać gromadzi się na wiecu. Jak widać, są jednak rzeczy ważne i ważniejsze.

Sybilla lekko pobladła i zmrużyła szare oczy.

— Taaak — powiedziała wolno i przeciągle. — Sporo wiesz jak na przyjezdnego. Nie tak sporo, jak ci się jednak zdaje. Ale nie będziemy tu rozprawiać o sprawach mego bractwa. Mam nadzieję, że to uszanujesz, ja wszak nie wypytuję cię o twoje.

— Chciałbym tylko wiedzieć na czym stoję. Może cię to zdziwić, ale lubię mieć pewny grunt pod stopami. Teraz zaś czuję się, jakbym balansował na jakiejś cholernej, kołysanej przez morze łupinie. I to pękniętej na pół.

— Współczuję, wiedźminie. Później, gdy wrócimy, może znajdę jakiś specyfik na twoją dolegliwość, choćby olejek imbirowy albo napar z mięty. Tymczasem jednak postaraj się nie wypaść za burtę i…

— Dobra — przerwał jej ostro i bezceremonialnie Vesemir. — Widzę, że z tobą trzeba mówić bez ogródek. Nie wiem z jakich pobudek działasz ani tego jaki związek zachodzi pomiędzy Rhydem, tobą a kovirskim Kręgiem. Być może kierują tobą i twoimi konfratrami słuszne idee, być może mógłbym się z nimi nawet zgodzić. Nie mam zamiaru jednak dać się wciągnąć w lokalne przepychanki. Słaby ze mnie materiał do tego typu zabaw. Chcę wykonać swoją pracę, na tyle dobrze, na ile będę mógł, a później odebrać zapłatę i ruszyć dalej – w miarę możliwości w spokoju, bez kata świecącego nad moją głową.

— Co za proste, godne pozazdroszczenia pryncypia — powiedziała poważnie, bez drwiny w głosie druidka. — Nie martw się, Vesemirze. Znam wiedźminów na tyle, by wiedzieć, w jakich zabawach najchętniej się odnajdują. — Usta Sybilli zbiegły się w dwuznacznym uśmiechu.

— Wiesz, Sybillo – westchnął ciężko Vesemir. — Twoje zachowanie, sposób bycia i temperament niezbyt mi przywodzą na myśl druidkę. Wiesz za to kogo mi przywodzą?

— Wiem. — Kiwnęła głową. — Czarodziejkę.

Vesemir skrzyżował ręce na piersi i spojrzał na nią znacząco spod brwi.

— A co mi tam. — Druidka wzruszyła ramiona. — Zdradzę ci co nieco na swój temat. Może wtedy przestaniesz patrzeć na mnie jak na bruxę ­— powiedziała z lekkim przekąsem w głosie, po czym usiadła na drewnianej skrzynce. — W przeciwieństwie do większości mych komilitonów, nie byłam od dziecka przeznaczona na druidkę.  Jako młoda dziewuszka zdradzająca magiczne predyspozycje, trafiłam do Aretuzy. Udało mi się ją nawet ukończyć, ku zdziwieniu niektórych przełożonych. Później zamiast szukać stałej praktyki, wybrałam drogę dwimveandry. Tułałam się po świecie od mistrzyni do mistrzyni, pomagałam i asystowałam dorywczo przy różnych pracach i badaniach. Wprawiałam się głównie w sztuce uzdrawiania oraz magii naturalnej związanej z żywiołem Ziemi. Trwało to tak z rok, aż uznałam, że całe te towarzystwo jest wybitnie nie dla mnie. Nie rozwlekając się, miałam ich po dziurki w nosie. W międzyczasie zaś skumałam się z druidami z kovirskiego Kręgu. Znalazłam z nimi wspólny język, co nie powinno w sumie dziwić przy mych wcześniejszych zainteresowaniach i umiejętnościach. Pożegnałam się więc z starym bractwem, a przywitałam z nowym. Nie tak od razu, rzecz jasna, bo żeby zostać pełną druidką też musiałam swoje odbębnić. Niektóre maniery właściwe czarodziejom, jak zdążyłeś się łaskawie wyrazić, przylgnęły do mnie jednak na stałe. Moi nowi konfratrzy strofowali mnie nawet za niektóre z nich, twierdząc, że bywam czasami zbyt butna, harda i bezczelna. Ale cóż, trudno walczyć z naturą. — Sybilla uśmiechnęła się całkiem hardo i bezczelnie. — Zresztą, nie oszukujmy się, niektórzy druidzi prześcigają w tych względach najbardziej rozkapryszonych magów. No i jak, wiedźminie? Czy twoja wrodzona nieufność opadła choć o piędź?

— Niech będzie, że o piędź.

— To, jak mniemam, już coś. Jeśli dobrze widzę, to za jakiś kwadrans szkuta przybije do brzegu.

*****

Po dotarciu do zarośniętego sitowiem i turzycą brzegu, pachołkowie wyprowadzili z pokładu muła, do którego przytroczyli następnie klatkę z łabędziem. Gdy poczynione zostały już wszelkie przygotowania do drogi, nieliczny orszak składający się z Vesemira, Sybilli oraz trzyosobowej eskorty wyruszył w głąb ciemnego łęgu wzdłuż z dawna wydeptanej, prawie już niewidocznej ścieżki. Pozostała część podwładnych miała zostać na pokładzie, by pilnować korabia i wyczekiwać ich powrotu.

Albrecht van Dijk miał niemałą zagwozdkę w kompletowaniu załogi. Z jednej strony starał się zaangażować w nią jak najmniej osób, tak by kwestia Rhyda mogła utrzymać swój sekretny charakter. Z drugiej jednak strony obawiał się puszczać swego pana samopas z dwójką nieznanych mu włóczęg-czarowników. W końcu dobrał pięciu ludzi, którzy albo o prawdziwej naturze łabędzia i tak już wiedzieli, albo wykazywali wobec niej kompletny i całkowity brak zainteresowania.

Prowadzenia kolumny podjęła się Sybilla, która powiadała, że drogę na stary żalnik pamięta jeszcze z czasów, gdy zbierała tu rzadkie komponenty do druidzkich odwarów.  W orientacji w terenie wspomagał ją niejaki Brom, szpakowaty mężczyzna w średnim wieku, który często trudnił się wydobywaniem torfu w tej części mokradeł. Za nimi podążał taszczący łabędzia i ekwipunek muł, którego prowadził za uzdę młody chłopak. Pochód zamykali Vesemir oraz uzbrojony najemnik o imieniu Lobar. Mężczyzna, wedle słów Albrechta van Dijka, miał pełnić rolę dodatkowej ochrony. Wiedźmin nie miał jednak żadnych złudzeń, że zbrojnemu polecono mieć szczególne baczenie na niego i druidkę, w razie gdyby knuli coś za plecami zarządcy w kwestii łabędzia. Najemnik póki co nie okazywał jednak wobec nich ani podejrzliwości, ani sceptycyzmu – wręcz przeciwnie, zachowywał się raczej swobodnie. Zwłaszcza gdy rychło się okazało, że jest niedoszłym szurzym Tybalda.

­­— Taaak… — przyznał Lobar po krótkiej wymianie zdań z wiedźminem — Tybald to kawał kutafona. Ten farbowany lis nigdy nie przepuści okazji, by czyimś kosztem zdobyć choćby złamanego bizanta. Dlatego zwykle, gdy oferuje mi jakiś wspólny interes, to każe mu całować mnie prosto w rzyć. Dziwię się, że po tym, co wywinął wam na moczarach, nie uczyniliście tego samego. Ja bym dziada tam zostawił, może by się czegoś w końcu nauczył.

— Myślę, że spotkanie z mglakiem i tak wbiło mu co nieco do głowy — powiedział Vesemir uśmiechając się pod wąsiskiem.

— Ha, też prawda. Widziałem jaką miał minę, gdy opowiadał o zajściu mości van Dijkowi. Musiał mieć tam nielichego pietra. Ale nie dziwię mu się. Ja przecież nie byle chmyz, bitka dla mnie nie nowina, ale te cholerne potwory, te zasrane trupojady i inne upiorzyska… Ech, dobrze, że was jeszcze ostało, panie wiedźmin. Dobrze, że jest jeszcze komu po świecie jeździć i monstra owe wybijać.

— Niestety, niewielu ostało. A tak w ogóle to mówcie mi Vesemir.

— A wy mi Lobar — najemnik uścisnął wysuniętą prawicę wiedźmina.

— Ciekawi mnie, Lobar, do jakich zadań jesteś zwykle kierowany. Na brak zajęć, jak mniemam, nie narzekasz?

— Nie narzekam. Przeważnie pilnuję porządku na terenie kopalń i zakładów szlachetnego pana Rhyda.

— A co, bandyci nie dają spokoju?

— Bandyci jak bandyci. Ale konkurencja nie śpi. W sumie to… na jedno wychodzi.

— A potwory? — spytał z nadzieją wiedźmin. —Nie pokazywały wam się w wyrobiskach szarleje? Pryskirniki? Gorgony?

— Vesemirze, ja się tak na tych wszystkich monstrach nie wyznaję. Na swój własny użytek dzielę je na niegroźne ale upierdliwe, mało groźne, średnio groźne i kurewsko groźne. A w tych naszych sztolniach i szybach uświadczysz zapewne każdego po trochu.

— Już będzie dziesięć dni, jak przekroczyłem granicę na rzece Braa. Od tej pory zajechałem do chyba niemal tuzina różnych kopalń i osad. I wszędzie to samo — to znaczy nic.

— No cóż, bywa i tak. Najrozumniej byś zrobił, gdybyś zawarł z jakąś kompanią górniczą umowę na stałą ochronę nad kopalnią. Na początek, dajmy na to, na kilka miesięcy. Stały wikt i opierunek, pewność, że głód nie zajrzy ci nazajutrz w oczy…

— Nie. — Wiedźmin pokręcił głową. —Ktoś mógłby sobie pomyśleć, że może sobie kupić wiedźmiński miecz na nieuczciwą, nieśpiącą konkurencję. Dostawałem już takie propozycje. Na każdą z nich odpowiadałem w ten sam sposób.

— Wasza wola — odparł sucho Lobar.

Posuwali się powoli do przodu, klucząc pozostałościami starego duktu, który coraz bardziej ginął w leśnym runie. Zmierzch zapadł na dobre i zaczęły ogarniać ich ciemności.  Ciemnowłosy chłopak sposobił się już do rozpalenia pochodni, gdy druidka powstrzymała go ruchem dłoni.

— Bez ognia, jeśli łaska. Spróbujemy rozjaśnić noc bez puszczania z dymem całego lasu — powiedziała Sybilla, po czym uklękła wśród wysokich krzewinek oraz bylin.

Vesemir słyszał, jak wypowiada cicho formuły w języku, którzy przypominał mu odmianę Starszej Mowy używanej przed driady. Po chwili okoliczna roślinność rozjarzyła się powoli zimnym, zielonkawym światłem. Jak spostrzegł wiedźmin, źródłem świetlistych punktów były robaczki świętojańskie, których odwłoki żarzyły się jednak mocniej niż zazwyczaj. Nie dawały co prawda tyle światła co płonące łuczywo, ale od biedy umożliwiały wędrówkę. Nie minęło jednak dużo czasu, gdy dotarli wreszcie pod Wzgórza Mogilne.

— Stąd na żalnik już niedaleko. Ale dalej po starej ścieżce nie ma śladu — wszystko tu zarosło albo zostało zasypane rumowiskiem. Trzeba się będzie przedzierać przez gąszcze, prowadzenie tu muła nie ma sensu. Rozdzielimy się tu mości Lobarze. Zdjęcie uroku z łabędzia będzie wymagać spokoju i skupienia, nie ma potrzeby żebyśmy wszyscy szli na cmentarz.

— Przykro mi, pani Sybillo, ale dostałem wyraźne rozkazy. Mam pilnować pana Rhyda na całym etapie podróży.

— Przed nami?

— Zajedno przed kim. — Najemnik wzruszył pozornie obojętnie ramionami. — Tak czy siak, idę z wami. Jak zresztą byście chcieli zabrać wszystkie te bagaże?

— Nie ma tego aż tak dużo. Mistrz Vesemir poradziłby sobie, prawda mistrzu? — uśmiechnęła się przymilnie druidka.

— Przeceniacie moje możliwości — parsknął wiedźmin. — Nie sądzę, żeby obecność Lobara nadto nam tam przeszkodziła. Niech pójdzie dla świętego spokoju. Jego, naszego oraz pana van Dijka. Reszta niech zostanie tutaj z mułem.

­— Mamy zostać jeno we dwóch? —  spytał mocno zaniepokojony Brom.

­— Trzech licząc muła — odpowiedziała wesoło kobieta.

— Pani, co nam po mule, jak wilki podejdą. Albo… — mężczyzna przełknął ślinę — gorzej.

— Dobrze, już dobrze — westchnęła Sybilla i wygrzebała z płóciennej torby niewielki cynowy krążek z niewyraźnymi rytami. — To talizman, powinien was chronić przed mniej przyjaznymi mieszkańcami tego lasu. Tylko mi go nie zgubcie.

Brom przyjął podarunek z pewną ulgą, nie wydawał się być jednak do końca przekonany, czy mały kawałek metalu zdziała coś przeciw wygłodniałej watasze. Młody pachołek odtroczył w tym czasie klatkę od muła i pomógł założyć ją na plecy Lobara. Vesemir wziął natomiast sakwę z aparaturą do sporządzenia naparu, a druidka wór z ubraniami Rhyda. Po chwili cała trójka ruszyła pod wzniesienie.

Strony: 1 2