Wiedźmińskie

Siedliszcze

Łabędź z Poviss – część III

Łabędź-z-Poviss-część-III

Rok 1211. Przez zimne i deszczowe królestwo Koviru i Poviss podąża szlakiem Vesemir – wiekowy mistrz wiedźmińskiego cechu, preceptor Geralta z Rivii i jeden z ostatnich członków starszyzny Szkoły Wilka. W Lan Exeter, mieście na wodzie i zimowej stolicy Koviru, przyjdzie mu się podjąć zdjęcia tajemniczej klątwy z Łabędzia z Poviss. Zapoznajcie się z trzecią, przedostatnią częścią opowiadania opartego na jednym z słynniejszych zleceń Vesemira z Kaer Morhen. 

  III

Korab sunął po rzece powoli i ospale. Zalegające nad taflą Tanga resztki mgły rozpierzchały się opieszale przed dziobem statku. Widok przedstawiał się całkiem zjawiskowo i gdyby tylko zobaczył go jakiś wrażliwy na piękno natury bard, ułożyłby zapewne na poczekaniu kolejną, nastrojową balladę. W promieniu najbliższej mili nie było jednak  żadnej natchnionej duszy.

Byli za to przeróżnej maści handlarze wiozący swe towary na utarg do stolicy, którzy już kalkulowali w myślach możliwy zysk. Byli przypadkowi pasażerowie, dzielący czas pomiędzy grę w kościanego poker a picie gorzałki, którą frymarczył  mało dyskretnie ciemnowłosy niziołek. Był też rzecz jasna sam wąsaty jak sum przewoźnik, który udawał, że nie widzi gorzałczanego handlu, by móc z niego skorzystać osobiście w bardziej sposobnej chwili.

Był też odziany w płaszcz mężczyzna o kruczoczarnych włosach oraz bródce. I w końcu znajdujący się w sile wieku wiedźmin, którego długie, siwiejące włosy opadały na zawieszony na plecach miecz. Wokół łodzi krążyło zaś nieliczne ptactwo wodne, które wyławiało rzucane czasem przez pasażerów okruchy chleba. Krótko mówiąc – nie było chyba nikogo, kto byłby w stanie docenić malowniczość tej części doliny Tanga. Znalazło się natomiast paru takich, którzy byli gotowi złorzeczyć na spowalniającą tempo podróży pogodę. Grono te zasilali jednak głównie przyjezdni, którzy z tutejszym klimatem nie zdążyli się jeszcze oswoić.

Vesemir nie dołączył do narzekającej gromady. Opierał się o reling i starał się wypatrzyć w ustępującej mgle pierwszych zabudowań Lan Exeter. Rzucił okiem na Tybalda, który próbował zasięgnąć wieści ze stolicy od przewoźnika. Przewoźnik opowiadał z początku dość chętnie, licząc pewnie na to, że za satysfakcjonujące rozmówcę odpowiedzi zostanie odpowiednio nagrodzony. Gdy więc Tybald podziękował jedynie skinieniem i odszedł w stronę wiedźmina, przewoźnik zauważalnie się zapieklił i splunął gęsto do wody.

— Jakieś wieści?

— Nie byle jakie. Okazało się, że dwa dni temu nasza królowa Blanka urodziła następcę tronu — małego Esteradzika Thyssenidę.

— Niech bogowie go mają w opiece.

— Myślałem, że nie wierzysz w bogów.

— A w czym to przeszkadza? — odparł spokojnie wiedźmin.

— Faktycznie – w niczym.

— Wracając do tematu, w stolicy pewnie niezłe poruszenie? Takie wydarzenie to w końcu nie w kij dmuchał.

— Nie inaczej. Sprawy dynastii zawsze dostarczają sporo materiału do plotek. Czy to ktoś zemrze, czy się urodzi, czy z wychodka spadnie, emocje zawsze niesłychane. My jednak mamy do radości jeszcze inny powód. W całym tym przejęciu ludziom trudniej będzie zauważyć kłopoty mojego pana.

— Tym lepiej dla nas – zgodził się Vesemir. — A tak swoją drogą to król Baldwin był dotąd bezdzietny?

— Ma córkę. Ale męski dziedzic pomoże umocnić jego pozycję na tronie.

— Brzmi to tak, jakby była ona zagrożona.

— Cóż, król Baldwin jest dopiero drugim Thyssenidą panującym w Kovirze i Poviss. Co prawda dynastia była skoligacona z rządzącymi poprzednio Trojdenidami i samo rycerstwo obwołało Esterila nowym królem, ale… — Tybald zrobił dłuższą przerwę i zagryzł wargi.

— No dokończże, skoroś już i tak wypaplał za dużo o problemach dynastii przejezdnemu wiedźminowi.

— Jakie tam problemy – zbył uwagę pozornie obojętnie Tybald. – Po prostu niektóre tematy są nieco zbyt świeże i delikatne, by tak beztrosko sobie o nich gawędzić. Faktem jest jednak, że po przejęciu władzy przez Esterila pojawiły się nieprzychylne głosy, które wyrażały… hmm, zdziwienie faktem, że wszyscy synowie poprzedniego króla tak młodo i tragicznie pożegnali się z życiem, robiąc miejsce swojemu kuzynowi. Rzecz jasna łajdakom szybko zamknięto usta, bo wiadomym było, że dwaj najstarsi synowie Gerarda zginęli na morzu, a najmłodszy zmarł zachorowawszy na biegunkę. Nie mniej niektórym osobom niesmak w ustach pozostał, z czym wiązali nadzieje przeciwnicy Esterila, a później Baldwina. Póki jednak król dba o rozwój handlu, póty może liczyć na poparcie ludu. A konkretniej mieszczaństwa i szlachty, która ma udziały w spółkach. Wojna domowa nigdy dobrze nie wpływa na gospodarkę. A przynajmniej nie na gospodarkę kraju, w którym się ona rozgrywa.

— Pewnie. Co innego jak za granicą wykrwawia się sąsiad. Wtedy można dyktować mu absurdalne ceny za dostawy. Albo po cichu dozbrajać przeciwne stronnictwo. Albo jedno i drugie. Ech, wojenko, wojenko…

— Czy musisz Vesemirze…

— Obrzydzać handel?

— Właśnie. Poza tym Kovir jest neutralny i nie wtrąca się do spraw innych królestw. Nie wiem co miało znaczyć te parsknięcie, które wydobyło się spod tych siwych wąsisk. Jak na wiedźmina wykazujesz dość mało przekonującą wiarę w neutralność.

— Wierzę w neutralność — odparł poważnie Vesemir. — Muszę wierzyć. Inaczej nie mógłbym tyle lat podróżować przez kontynent jako wiedźmin. Problem w tym, że neutralność w politycznym wydaniu okazuje się zwykle wyjątkowo parszywa.

Przez kilka minut stali w milczeniu i obserwowali opadającą powoli mgłę. Gdy opary prawie całkiem ustąpiły byli w stanie dojrzeć majaczące w oddali obrysy zabudowań stolicy.

— Na rany proroka Lebiody, w końcu — odetchnął z ulgą Tybald. — Myślałem, że zwariuję od tej dziczy.

— Zdawało mi się, że człowiek twojej profesji powinien być raczej przywykły do życia w podróży.

— Przyzwyczajenia, a upodobania to dwa fundamentalnie różne pojęcia, wiedźminie. Zresztą wpłyniemy do Wielkiego Kanału to zrozumiesz w czym rzecz. Na całej Północy chyba tylko Novigrad może równać się z miastem na wodzie.

— Szczerze mówiąc nie przepadam za aglomeracjami.

— Myślę, że Lan Exeter zrobi wrażenie nawet na tak prostodusznym wagabundzie  jak ty.

— Od kiedy ty w ogóle zacząłeś się ze mną tak spoufalać?

— Dokładnie to po wczorajszej flaszce okowity, którą spożyłeś ze mną do węgorza.

— Całe szczęście, że nie było drugiej.

— Były trzy.

— Wróćmy do tematu — chrząknął Vesemir.

— Niech ci będzie. Tak jak mówiłem, w Kovirze jest całkiem spokojnie. Niektórych co prawda martwią nastroje panujące wśród povisskiej części szlachty oraz pewne separatystyczne głosy z Marchii Wschodniej.

— Marchia Wschodnia… Całkiem gościnny ludek. Nawet na wiedźminów z rzadka sarkają.

— Ludek może i gościnny, ale tamtejszym książątkom zachciewa się autonomii. Po wygaśnięciu Trojdenidów na tronie ich przywiązanie do korony zaczęło stopniowo topnieć.

— Całkiem jak niegdyś związek Koviru z Redanią.

— Daj spokój, nie dojdzie do tego. Tak jak mówiłem, póki kwitnie gospodarka i handel, nikomu poważnemu w głowie nie roją się żadne secesje.

— Nie skuszą się panowie na żytniówkę? — spytał konspiracyjnie niziołek w groszkowym kubraku, który podszedł do nich nie wiadomo kiedy.

— Ja dziękuję — odpowiedział Vesemir, który nie wydobrzał jeszcze całkiem po ostatniej nocy.

— Jeśli się nie mylę, a w tych kwestiach się nie mylę, to handel na łodziach pływających po Tangu jest obarczony specjalnym podatkiem. Nie wspominając już o kupczeniu gorzałką, niziołku.

— Ten kraj obłożony jest podatkami jak wóz kapustą! Ale radzić sobie trzeba, a jak widać przewoźnik nie słyszał o tych waszych zbójeckich opłatach. Albo udaje, że nie słyszał. No chyba wy mi nie będziecie robić problemów?

— Spokojnie, nie nasza to rzecz. — Vesemir rzucił okiem na Tybalda. — Swoją drogą to dość niecodzienne spotkać niziołka, który sprzedaje gorzałkę na korabie. A i akcent nietutejszy macie.

— Pozazdrościć ucha. — Niziołek ukłonił się. — Faktycznie, nie jestem stąd, a rzeczny handel wódką nie jest tym, czym zwykle się zajmuję. Nazywam się Medock Biberveldt, a pochodzę Rdestowych Łąk. Po prawdzie, jak zresztą spora część mej rodzinki, jestem kupcem i farmerem, ale że padłem tu ofiarą ludzkiego skurwysyństwa i szachrajstwa, zostałem niestety zmuszony do tego podłego zajęcia, by zarobić choćby na powrót do domu.

— Co się stało?

— Ano, to było tak. — Niziołek podrapał się po kosmatej stopie i przystąpił żywiołowo do wyjaśnień. — Przypłynąłem tu prościutko z Novigradu z towarem, żeby osobiście przypilnować transakcji. Żywność to głównie była, bo przecież na tym zafajdanym nieugorze nic nie rośnie, dzięki czemu można zyskać ładne ceny za pszenicę, czy rzepę. Wysiadam z łajby, parobki wytaczają z ładowni beczki, że niby moje! Ale przecież poznaję, że te nie należą do mnie, bo byłem przy załadunku! Zaglądam do środka a tam co?! Koszenila i gorzała! Mówię więc tym łbom kapuścianym, że pomylili ładunki, a oni że innego już nie ma. Latam po porcie jak kot z cieczką i szukam, komu się dostał mój towar, ale gdzie tam, słuch zaginął! I to w tym zasranym Kovirze, gdzie ponoć kupiec to osoba święta! — zagotował się niziołek. —   No, ale prędko się okazało, że to jest dopiero początek kłopotów. Ta cała koszenila okazała się być ładunkiem zamówionym na potrzeby królewskiego dworu — w końcu Thyssenidzi w szkarłacie chodzą. Mało brakowało, a zgniłbym w lochu za próbę obrazy majestatu dynastii – ledwom się z  tego wykaraskał. Ładunek wódki też w większości zarekwirowali.Udało mi się uratować tylko niewielką część. Szukam kupca, ale póki co musi mi wystarczyć handel detaliczny.

— Trzeba było się odwołać — rzekł sucho Tybald. — Trzeba było zgłosić to gdzie trzeba, najlepiej do Siedziby Gildii Kupieckiej.

— Ja już znam te wasze gildie. Na nieludzi patrzycie spod byka.

— Bzdura. To nie Temeria, czy Aedrin.

— Może tak, może nie. Ale kudłatą stopę dam sobie uciąć, że zaraz obciążyliby mnie kosztami dochodzenia i próbą wyśledzenia towaru. A gwarancji, żeby go znaleźli nie miałbym żadnej. Pozostaje mi sprzedać tyle gorzały, ile zdołam, a jak mi zabraknie na rejs to się zatrudnię na statku jako majtek.

— Cóż, iście przegwizdane — zgodził się Vesemir. — Ejże, czy to już nie Lan Exeter?

— Zgadza się! — ożywił się Tybald. — Miło poznać było panie Medock, na nas już czas.

Pożegnali się z niziołkiem i poczęli przygotowania do zejścia na ląd – a właściwie na kamienną keję. Oddali wierzchowce do specjalnie wybudowanej przy przystani stajni, a następnie zaczęli szukać jednej z tych smukłych łodzi, które były w stanie pływać po kanałach Lax Exeter. Kwadrans później przemieszczali się powoli wzdłuż Wielkiego Kanału, mijając okazałe budynki administracji oraz stylowe pałace arystokracji i bogatego mieszczaństwa. Tybald nie kłamał, Vesemir musiał przyznać, że miasto wygląda naprawdę imponująco. Szybko odbili od głównych zabudowań i popłynęli bocznym kanałem, aż im oczom ukazał się trzykondygnacyjny pałac zwieńczony arkadowym gzymsem. Zanim przepłynęli przez łuk wiodący na wewnętrzny dziedziniec, Vesemir zauważył zamocowany nad wejściem herb. W polu błękitnym widniał płynący, srebrny łabędź. Vesemir uśmiechnął się bardzo, ale to bardzo krzywo.

— Niech cię biesy porwą — mruknął całkiem spokojnie wiedźmin. — Mam rozumieć, że to kolejny zbieg okoliczności?

— Nie denerwujcie się. Niedługo porozmawiacie z panem van Dijkiem i dowiecie się, czego trzeba.

Gondola przybiła do drewnianego pomostu, który  przylegał do czworobocznego dziedzińca. Tybald poprowadził Vesemira do wejścia pałacu poprzez krużganek. Ledwo minęli straże i weszli do środka, gdy do Tybalda dopadł jasnowłosy mężczyzna w płaszczu mającym ślady niedawno odbytej podróży. Jego twarz zdradzała podekscytowanie, jakie można zwykle zauważyć u złośliwców, którzy mają właśnie okazję wbić szpilę prosto w czyjąś rzyć.

— Jak zwykle w tyle, Tybaldzie. — Uśmiechnął się żmijowato. — Nie żebym się zdziwił.

— O czym ty pieprzysz, Erwil? — odwdzięczył się powitaniem Tybald.

— Jak to o czym? O rozwiązaniu kwestii łabędzia. Daremnie przywiodłeś tu tego… — Mężczyzna w porę ugryzł się w język, widząc minę Vesemira oraz wystającą znad jego ramienia rękojeść miecza. — Kim jesteście, panie?

Vesemir nie odzywając się słowem, minął go i ruszył w stronę, do której prowadziły ślady buciorów oraz narastające odgłosy rozmowy. Tybald po chwili dołączył do niego, zamieniając jeszcze wcześniej kilka słów z ów „znajomym”. Minę miał nietęgą.

— Chędożony buc — mruknął. — Wygląda na to, że rzeczywiście nas ubiegł. Ale to jeszcze nie przesądza sprawy. Pan van Dijk nie weźmie od tak byle kogo, najpierw dokładnie zechce go wybadać.

— Ten Erwil mówił, kto zgodził się odczarować łabędzia?

— Mataczył tylko zagadkowo i uśmiechał się kretyńsko. Zresztą zaraz zobaczymy, to już tutaj.

Mężczyźni zatrzymali się przed portalem, z którego właśnie wychynęły dwie prosto odziane kobiety. Każda z nich niosła stertę ubrań wyglądających, jakby zostały uszyte z morskiego zielska. Służki przemknęły obok nich nieśmiało ze spuszczonym wzrokiem, sprawiały wrażenie, jakby zostały właśnie przed chwilą solidnie zrugane. Nie zastanawiając się zbyt długo nad tym widokiem, Tybald i Vesemir weszli do środka.

Choć sala reprezentacyjna nie była zbyt wielka, to mogła się zdecydowanie pochwalić gustownym i wystawnym urządzeniem. Na białych ścianach, częściowo pokrytych zdobioną boazerią, wisiały tarcze herbowe oraz arrasy. Vesemir rozpoznał na jednym z nich proroka Lebiodę pożeranego właśnie przez smoka, który nękał wcześniej kaedweńskich wieśniaków. Wiedźmin nie zachwycał się jednak zbyt długo tkaniną, skierował wzrok ku sporemu kominkowi, przy którym znajdowały się trzy postacie. Największą z nich był tęgi, wąsaty mężczyzna po pięćdziesiątce, który ubrany był w podbity futrem dublet. Powaga jaką wokół siebie roztaczał kazała sądzić, że to właśnie Albrecht van Dijk – zarządca rycerza Edgara. Przed nim stała kobieta w prostej, błękitnej sukni, na którą narzuconą miała opończę. Po plecach spływały włosy w kolorze karmelu.  Trzecią postacią był natomiast śnieżnobiały łabędź, który pluskał się w sporej balii wypełnionej wodą, ochlapując przy okazji wszystko dookoła. To właśnie łabędź stanowił przedmiot dyskusji pozostałej dwójki. Albrecht van Dijk podniósł na nich wzrok, jego twarz wyrażała coś pomiędzy złością a ulgą.

— Tybald! Minęło już dziesięć dni, psia krew, gdzieś zawłóczył?!

— Spokojnie, panie van Dijk. Znalazłem pomoc. W ostatniej chwili co prawda, ale jednak. I proszę o wybaczenie, ale niech mnie pan nie beszta jak burą sukę. Erwil, który zarzeka się, że był pierwszy, wyprzedził mnie o włos. Nie moja wina, że pogoda…

— Co prawda, to prawda — przerwał obcesowo Tybaldowe tłumaczenia van Dijk, który wyraźnie nie był nimi zainteresowany. — Żadnego z was nie można oskarżyć o zbytnią popędliwość. Ale teraz o tym, co istotne. Kim jest ów jegomość?

— Jestem wiedźminem, panie zarządco — uprzedził odpowiedź Vesemir. — Chcę podjąć się zdjęcia klątwy z pana Edgara.

— Hola, hola. — Uśmiechnęła się kobieta, która jak dotąd bacznie im się tylko przyglądała. Uśmiech był bardzo ujmujący, nawet Vesemir miał spory problem ze stwierdzeniem jego autentyczności. — Nie pominęli łaskawi panowie kogoś w tej prezentacji? Mnie przykładowo?

— Wybaczenia upraszam — rzucił nieszczególnie przepraszająco van Dijk. — To jest pani Sybilla — druidka.

— Z kovirskiego Kręgu? — zainteresował się Vesemir.

— Można tak powiedzieć, wiedźminie — odrzekła zagadkowo Sybilla. — Mniejsza jednak o przynależność do kręgów, bractw i cechów.

— Racja. Z tego co widzę mamy tu problem innej natury.

— Ja tam problemu nie widzę — powiedziała na wpół beztrosko, na wpół złośliwie druidka — Niech obowiązuje zasada pierwszeństwa. W końcu przybyłam tu wcześniej.

— Wolnego, umowy cechowe…

— Wybacz wiedźminie, ale w Kovirze najważniejszą umową społeczną jest ta, która gwarantuje wolny handel oraz nieograniczony rynek. To po pierwsze. Po drugie, reguła druidów mówiąca o tym, by nieść głównie bezinteresowną pomoc i troszczyć się o naturę jest równie szeroka, co wolna w interpretacji. Po trzecie…nie obraź się mistrzu Vesemirze, ale owe porozumienia z przedstawicielami waszego cechu były zawierane, gdy was — Wilków było więcej niż palców u obu rąk…

— Dosyć — przerwał oschle Vesemir — Rozumiem wasz sposób myślenia, pani Sybillo, choć bardzo mi się on nie podoba. Wiedźmini to gatunek zagrożony, niemal wymarły, więc odsuwa się go na pobocze jak starą, ociemniałą babkę, która nie jest już w stanie nazbierać chrustu w lesie? Nie chcę się wdawać w szczegóły, ale powiem jedno – żyjemy. Mało tego, wypełniamy nadal skutecznie nasz obowiązek i cel, dla którego nas stworzono. Wcale nie ma nam się ku wymarciu, choć nie ma nas już tylu, co przed pięćdziesięciu laty.  A to jeszcze powiem ci, miła druidko, że jak na swoje powołanie wykazujesz bardzo małą troskę o istoty zagrożone zniknięciem z tego świata. Podejrzewam, że bardziej zajmują cię losy wichtów, wojsiłków czy okogłowów, ale nic w tym złego i nic mi do tego. Proszę cię jedynie, byś nie stawiała nade mną i mnie podobnymi kreski.

Druidka pochyliła lekko głowę, prawdopodobnie by ukryć ślady zakłopotania. Szybko jednak podniosła na wiedźmina łagodny, niemalże skruszony wzrok i uśmiechnęła się pojednawczo.

— Nie chciałam cię urazić, wspomniałam o tym zresztą. Niemniej zachowałam się mało taktownie, wybacz ten gest niesfornej, pyskatej babie.

— Już nawet zapomniałem, o co chodziło — odrzekł po chwili niemal dobrodusznie Vesemir — Nadal mamy jednak problem z rozwiązaniem klątwy pana Edgara. Panie van Dijk?

— Miło, że zdecydowaliście się w końcu włączyć mnie do dysputy — burknął zarządca — Ale do rzeczy. Najważniejsze jest naturalnie życie i zdrowie szlachetnego pana…Edgara. Za długo tkwi w tej przeklętej, ptasiej postaci.  Zdjęcie klątwy ma być przede wszystkim skuteczne, nie sposób też tego dłużej odwlekać. Nie obchodzą mnie wasze niesnaski, zresztą z tego co widzę zdążyliście się już pięknie pogodzić, doprawdy – wzruszony jestem. Dlatego nawiążecie współpracę i pozbędziecie się klątwy wspólnymi siłami.

— Mowy nie ma — powiedziała wzburzona druidka.

— Pracuję zawsze sam, panie van Dijk. A nie zwykłem zmieniać swoich obyczajów. Poza tym, co z nagrodą? Mamy się nią podzielić? Bądźcie poważni, naprawdę.

— Nie podwoję stawki, ale mogę wam obiecać, że po wykonaniu zlecenia każdy z was dostanie dwieście pięćdziesiąt bizantów na głowę.

— Trzysta jeśli już. Zresztą chyba nie jesteście na pozycji do negocjacji, wasz pan Edgar z pewnością już sporo się nasiedział w tej balii. A jak sami trafnie zauważyliście, każda zwłoka może utrudniać zdjęcie klątwy.

— Moment panowie, ja się jeszcze nie zgodziłam na te warunki. Dlaczego mam się na pieprzonego Bleobherisa dzielić miejscem z wiedźminem?

— Tego wymaga dobro pana. Jakoś przełkniecie tę ujmę na dumie, mościa druidko. Zgadzacie cię, czy nie?

Sybilla zgrzytnęła zębami, zmieliła w ustach przekleństwo, w końcu jednak skinęła głową na zgodę. Zarządca spojrzał pytająco na Vesemira.

— Spoglądacie, jakbym miał inny wybór.  A teraz jeśli pozwolicie, chciałbym się przyjrzeć panu Edgarowi. Pani Sybilla z pewnością rzuciła już okiem? — spytał się wiedźmin, klękając u balii z łabędziem.

— Po prawdzie — zdziwił się nieco van Dijk — to jak dotąd nie wyraziła tym zainteresowania.

— Chciałam obmówić najpierw inne kwestie — wyjaśniła druidka — Moje zamiary zostały zresztą później zakłócone przez twoją osobę, mistrzu Vesemirze. Teraz jednak nic nie stoi na przeszkodzie, byśmy zajęli się tym razem.

Pierwszym, co zrobił Vesemir po przystąpieniu do oględzin łabędzia, było poddanie go próbie działania medalionu. Tu nie było wielkiego zaskoczenia, wiedźmiński znak silnie zadrgał, choć wiedźmin już wcześniej mógł wyczuć jego wibracje, wywołane zapewne także obecnością druidki. Uwagę Vesemira zwróciły oczy łabędzia, których tęczówki, zgodnie z wcześniejszymi zapewnieniami Tybalda, były różnobarwne. Wiedźmin zbadał jeszcze kilka innych symptomów w postaci oraz zachowaniu ptaka – choćby to jak daleko posunęło się jego zdziczenie. Mimo, że uwięziony w łabędziej formie mości Edgar nie czynił w balii zbyt wielkiego rwetesu, to na obecność wiedźmina reagował raczej niespokojnie i płochliwie. Po przeciwnej stronie balii przyklęknęła zaś Sybilla, która jednak zamiast obmacywać łabędzia ze wszystkich stron wzorem Vesemira, przeprowadziła coś w rodzaju magicznej sondy. Medalion mocno zadrgał, gdy druidka wysunęła nad ptakiem lewą dłoń i zgięła odpowiednio palce. Po chwili oboje podnieśli się z klęczek.

— Panie van Dijk, czy od czasu, gdy mości Edgar wrócił w swej nowej postaci do posiadłości, zauważyliście w jego zachowaniu jakieś poważniejsze zmiany? — spytał Vesemir.

— Czy ja wiem… Może ostatnio jaki nie swój, ekhm… Oczywiście, psia mać, jak na standardy uwięzionego w ciele łabędzia szlachcica. O co wy mnie dokładnie pytacie, mistrzu? — zirytował się wielmoża.

— Choćby nagłe napady paniki, agresji, próby ucieczki…

— Zdarzało się. Przed czterema dniami podziobał karmiącego go parobka. Ale prawdę mówiąc nasz pan Edgar zawsze trzymał służbę krótko, dobrze pilnował majątku, to mu trzeba oddać. Za to przedwczoraj, gdy po posiłku pływał sobie po kanale na wewnętrznym dziedzińcu, poderwał się nagle i próbował ulecieć. Całe szczęście miał trudności z nabraniem rozpędu i służba złapała go, nim zdążył poważniej wzbić się w powietrze. Od tego czasu trzymamy go wyłącznie w środku, głównie w tej balii.

— Hmmm… Oba zdarzenia miały miejsce zaraz po karmieniu?

— Gdy tak teraz o tym mówicie… Może rzeczywiście coś w tym jest. Ale co to może znaczyć, panie wiedźmin?

— A choćby zatrucie pokarmowe — prychnęła druidka. —  Albo za słabo go karmiliście, panie van Dijk. Łabędziowi zachciało się pewnie wrócić na łono natury, by chociaż sitowia skubnąć albo ślimaka wyłowić.

— Nie drwijcie, pani Sybillo — powiedział surowo zarządca — Ten łabędź jadał lepiej niż niejeden człek.

— Mniejsza na razie o dietę — odrzekł Vesemir — Chciałbym się was teraz spytać o inną rzecz. Rzecz, na której temat Tybald udzielił mi bardzo skąpych informacji – a i to uczynił niezbyt chętnie. Gdzie mości Edgar popłynął samotnie w noc Belleteyn, panie van Dijk? Z kim mógł się tam spotkać?

Wiedźmin zauważył jak na na obliczu zarządcy maluje się najpierw nieprzyjemne zdziwienie, a następnie surowy gniew. U druidki dostrzegł natomiast pewien błysk w oku, jeśli jednak nawet zdradzał on jakąś emocję, to Vesemir nie był w stanie stwierdzić jaką.

— Jak słyszę Tybald i tak już rozwinął swój niewyparzony jęzor o piędź za daleko — fuknął van Dijk w kierunku podwładnego, który spuścił wzrok i wbił go w podłogę, jakby dostrzegł tam coś niesłychanie interesującego.

— Panie van Dijk — przemówił spokojnie, ale stanowczo Vesemir — Jeśli mam… Jeśli mamy zdjąć urok, to pomocna będzie każda informacja. Zastanówcie się, czy wolicie przywrócić pana Edgara do dawnej postaci, czy utrzymać w sekrecie tajemnicę – jaka by ona tam nie była. A z tego co się domyślam, nie mamy do czynienia z niczym nadzwyczajnym jak na standardy naszej wesołej, północnej szlachty. Bez urazy, rzecz jasna.

— Rzecz jasna — powtórzył  cicho zimnym tonem zarządca, po czym zasępił się, kalkulując ile może zdradzić tym dwóm nieznanym włóczęgom. — Ech, zaraza by to wzięła… Może i lepiej żebyście się dowiedzieli ode mnie, inaczej jeszcze zaczęlibyście brać na spytki chamstwo i tylko narobilibyście większego zamieszania. Sam się zresztą dziwię, że to jeszcze nie wypłynęło szerzej na miasto, chyba tylko strach przede mną powstrzymuje parobków przed nadmiernym wywijaniem ozorem. Zanim jednak przejdę do sedna, musicie wiedzieć, że nasz pan Edgar to tak naprawdę żaden Edgar.

— Mówcież jaśniej — powiedział już zniecierpliwiony Vesemir, poprawiając uprząż pasa.

— Kazałem Tybaldowi i reszcie używać fałszywego imienia, żeby zapobiec rozniesieniu się pogłoskom, sami to chyba rozumiecie. Szlachcic, który pływa w tej oto balii zwie się zaś naprawdę Rhyd z Lan Exeter herbu Łabędź. Kilkanaście dni temu, w noc Belleteyn, nasz pan powiosłował ku brzegom Tanga, by jak podejrzewam, spędzić święto w towarzystwie kobiety, z którą utrzymywał kontakty już od jakiegoś czasu.

— Nie znacie jej tożsamości?

— Niestety — odparł zarządca — Szlachetny Rhyd nie zwykł ze mną poruszać tych tematów, nawet jeśli go o to osobiście prosiłem i wzywałem do opamiętania. Widzicie, nasz pan ma już dwadzieścia cztery wiosny, lecz nie pojął jeszcze żadnej niewiasty za żonę. Zabiegał i wyczekiwał aż nadarzy się odpowiednia partia, jak mu zresztą niegdyś jego ojciec nieboszczyk zalecał. Nasz pan w końcu też wywernie spod ogona nie wypadł, w jego żyłach płynie krew Trojdenidów, a ostatnio stał się właścicielem całkiem pokaźnych rud żelaza.  W końcu trafiła mu się istnie nie byle jaka panna –  Aldona – szesnastoletnia siostra samego Baldwina Thysenna! Miarkujecie chyba co to byłaby za szansa dla mego pana i jego rodu. Młoda krew jednak łatwo się burzy i jeszcze zanim rozpoczęto konkretne rozmowy z dworem, pan Rhyd wdał się w jakiś przeklęty romans…

— Myślicie, że ktoś z otoczenia dworu króla mógł się o tym dowiedzieć i pokarać Rhyda za splamienie czci Aldony? — zapytała Sybilla.

— Albo pan Rhyd chciał zakończyć tę miłostkę, a urażona kochanka doprawiła mu łabędzie skrzydła — zasugerował wiedźmin.

— Kazałem zrobić moim ludziom ostrożny wywiad w stolicy, ale niczego konkretnego się nie dowiedziałem. Chwila, panie wiedźmin, myślicie, że to była jakowaś czarodziejka?

— Niekoniecznie. Do rzucenia takiej klątwy wystarczyłby odpowiedni artefakt, choćby medalion. Zresztą przy sprzyjających okolicznościach nawet to nie byłoby potrzebne. Jeśli zerwanie znajomości odbyłoby się w miejscu o silnej aurze magicznej, a owa kobieta przeklęłaby go przy użyciu odpowiednich słów, to urok mógłby zostać rzucony nawet bezwiednie.

— Co w takim razie planujecie? — spytał zarządca, przecierając zmarszczone ze zmęczenia czoło.

— Słyszałem, że z początku udaliście się do maga Stregobora — powiedział cierpko wiedźmin. — Próbowaliście później innych metod?

— Koncepty padały głównie od czeladzi. Co jedna, to głupsza. Widziałeś chyba, mistrzu Vesemirze, dwie baby, które wynosiły stąd to gówno uszyte z wodorostów? Jedna z drugą twierdziły, że taka koszula to sprawdzony ludowy sposób i że jak założy się ją na łabędzia, to ten w mig odzyska dawną postać! Nie muszę chyba mówić, że jedyne co zrobiły, to ubabrały tym dziadostwem pół rezydencji.

Vesemir uśmiechnął się mimowolnie do starych wspomnień, po czym zamyślił się przez chwilę.

— Jak widać co kraj, to obyczaj. Na południu uważa się, że takie zdolności ma pokrzywa – rzekł wiedźmin. – Nie przekreślałbym jednak z miejsca tradycji ludowych. Czasami to tylko niemądre przesądy i zabobony, fakt. Niekiedy jednak bywają bardziej pomocne niż wyszukane czary.

— Co wy, panie wiedźmin? — zdziwił się van Dijk. — Chcecie mi nad panem Rhydem dziady odprawiać, czy co?

— Nie — odrzekł po trosze urażony Vesemir. — Zabiorę go na noc w dzikie ostępy. Postaram się tam odnaleźć stare cmentarzysko, gdzie zapewne natrafię również na rosnący szalej. Z jego soków przygotuję napar dla pana Rhyda, a później…

— Z szaleju?! Przecież to trucizna! — oburzył się zarządca.

— Trujący jest szalej jadowity. Szalej czarny, odpowiednio przyrządzony, ma właściwości leczniczo-magiczne. Panie van Dijk, proszę dla mnie o trochę zaufania, to dla mnie nie pierwszyzna. Pierwsze klątwy zdejmowałem, gdy pana ojca nie było jeszcze na świecie, a szanowny dziadunio zjadał własne gile.

— Nie rozzuchwaliliście zanadto, wiedźminie? — spytał ostro zarządca. — Co wy na to, pani Sybillo? Ten sposób rzeczywiście może zadziałać?

Druidka nie odzywała się przez chwilę. Widać było, że waży w głowie różne odpowiedzi, a żadnej z nich nie znajduje w pełni satysfakcjonującą. W końcu zabrała głos.

— Być może, bądź co bądź nie powinno zaszkodzić. Myślałam początkowo o czymś innym, ale w sumie co za różnica. Możemy początkowo wypróbować wiedźmińskiej metody, jest dość łagodna. Jeśli nie zadziała, zrobimy to po mojemu.

— Czyli? – spytał van Dijk.

— A znacie się na siłach natury i magii żywiołów, panie zarządco? Nie? Tak myślałam. Musi wam więc wystarczyć wyjaśnienie, że panu Rhydowi nic się nie stanie. No… — cmoknęła druidka — nie powinno w każdym razie.

— Nie powinno — zamruczał zarządca. — Na ładne ryzyko wystawiacie mnie i pana Rhyda.

— Mości van Dijk — odezwał się nieoczekiwanie Tybald. — Za druidkę nie poręczę, ale mistrzowi Vesemirowi można zawierzyć. Po prawdzie to… życie mi zratował w drodze do was.

Albrecht van Dijk uniósł pytająco brwi, ale nie pociągnął Tybalda za język. Splótł dłonie za plecami i obszedł powoli balię z łabędziem.

— Niech będzie. Powierzam wam zdjęcie klątwy, mam nadzieję, że tego nie pożałuję. Możecie to zrobić w dzisiejszą noc?

— Nic nie stoi na przeszkodzie. Jest po pełni, to dobry czas na odczynianie uroków.

— Niebo powinno być dzisiaj czyste i bezchmurne – dopowiedziała Sybilla. — Co zaś do cmentarza, to stary żalnik znajduję się jakieś dwie mile na północny-zachód od Lan Exeter.

— Prawda — potwierdził van Dijk — pochodzi pewnie jeszcze z czasów Trojdena.

— Dobrze. Niedługo będzie południe, jeśli wyruszymy, dajmy na to, za trzy godziny, to powinniśmy tam trafić, kiedy zacznie akurat zmierzchać. Panie van Dijk, proszę pomyśleć o jakimś transporcie dla nas i łabędzia. Prawie całą aparaturę do sporządzenia naparu mam przytroczoną do konia, poproszę was więc tylko o kilka dodatkowych składników — powiedział Vesemir. — Teraz zaś bądźcie tak łaskawi i wskażcie mi drogę do gmachu ratusza.

— Do ratusza? A na co wam tam iść? — zdziwił się zarządca.

— Sprawy zawodowe. Związane z zajściem, o którym wspomniał wcześniej Tybald. No, nie bójcie się — powiedział żartobliwie stary wiedźmin. — Ani słowem nie wspomnę, po co tu przybyłem.

 

 

Źródła ilustracji:

Concept arty z gier Wiedźmin 3 oraz Assassin’s Creed II