Wiedźmińskie

Siedliszcze

Łabędź z Poviss – część II

Łabędź z Poviss - część IIArt Jakuba Różalskiego

Rok 1211. Przez zimne i deszczowe królestwo Koviru i Poviss podąża szlakiem Vesemir – wiekowy mistrz wiedźmińskiego cechu, preceptor Geralta z Rivii i jeden z ostatnich członków starszyzny Szkoły Wilka. W Lan Exeter, mieście na wodzie i zimowej stolicy Koviru, przyjdzie mu się podjąć zdjęcia tajemniczej klątwy z Łabędzia z Poviss. Zapoznajcie się z drugim fragmentem opowiadania opartego na jednym z słynniejszych zleceń Vesemira z Kaer Morhen. 

Przed przeczytaniem zapoznaj się z I częścią „Łabędzia z Poviss”

II

Gdy Vesemir opuszczał gospodę, czerwonawa łuna słońca dopiero co zaczynała wznosić się nad zasłonięty mgłą horyzont.  Do wschodu brakowało jeszcze nieco czasu. Wiedźmin nie lubił się spóźniać, ale nie należał też do popędliwych. Przygotowania do drogi czynił spokojnie i niespiesznie, pośpiech zresztą w jego wieku nie przystawał. Odebrał siwkę od stajennego, który o dziwo nie dłubał już w nosie. Miast tego strzelał śliną w łażące po podłodze i ścianach muchy. Mniej pilną pracę najwyraźniej przekładał na insze godziny. Klacz była jednak nakarmiona i zadbana, więc wiedźmin dołożył mu do zapłaty dodatkowe dwa bizanty. Umiarkowana uprzejmość z jaką przyjął monety, kazała jednak sądzić, że był przyzwyczajony do większych stawek.

Vesemir, mrucząc pod nosem o ludzkiej zachłanności i starych, lepszych czasach osiodłał konia i zapakował w juki skromne zapasy żywności zakupione u karczmarza. W końcu dosiadł siwkę i pojechał stępa w kierunku rynku. Drewniane domy biedoty dość szybko zaczęły znikać na rzecz murowanych kamienic kupców i co bogatszych rzemieślników. Nie licząc rozkładających stoiska straganiarzy, ulice były prawie puste, dzięki czemu kobyłka mogła sobie śmielej poczynać na drodze. Miasto zasadniczo nie było duże, więc nim się obejrzał dotarł na kwadratowy plac rynku. Na jego środku tkwił nieduży, ale całkiem elegancki budynek ratusza zbudowany z wypalanej czerwonej cegły. Fasadę ozdabiał schodkowy szczyt, który był obsadzony na tę chwilę przez liczne ptactwo czekające tylko na to,  by nasrać komuś na głowę.

Skręcił we wychodzącą na zachód od placu ulicę. Im bardziej oddalał się od rynku, tym częściej zaczęły pojawiać się znowu skromne domy i warsztaty mniej zamożnych rzemieślników. Fakt, że zbliżał się do właściwej bramy potwierdzały przeważające zakłady bednarzy. Praca w większości z nich trwała już w najlepsze. Przebijający się z budynków hałas zbijanych klepek i obręczy stawał się powoli nie do zniesienia. Przed niektórymi warsztatami wytaczano już gotowe do transportu beczki i kadzie o różnych odcieniach drewna.

Vesemir w swoim długim życiu zdążył poznać już całkiem spore grono osób zajmujących się kiszeniem kapusty, czy tym bardziej produkcją alkoholu. Pamiętał, że tą pierwszą, dla uzyskania najlepszych walorów smakowych, najczęściej ładowano w beczki wykonane z drewna lipowego. Wszelkie trunki bardzo lubiły się za to z dębem, który po odpowiednio długim leżakowaniu nadawał im odpowiedniego aromatu. Wiedźmin nie raz i nie dwa miał okazję przekonać się o wpływie należycie dobranego drewna na smak obu specjałów. Vesemir pogładził wąsa i rozmarzył się, ale tylko na krótką chwilę. Wczorajsza wieczerza zapewniona przez zagadkowego Tybalda sprawiała, że dzisiejsze, wyjątkowo liche śniadanie nie dawało się aż tak we znaki.

Po chwili jazdy zobaczył wyrastające ponad dachy domostw miejskie mury i wkomponowaną w nie bramę. Zatrzymał się pod nią i począł rozglądać się za Tybaldem. Ten w końcu wychynął zza zabudowań na skarogniadym ogierze.  Podbitym kożuchem płaszczem próbował przemóc przeszywające zimno.

– Mam nadzieję, że nie kazałem na siebie długo czekać – powiedział spod kaptura. – Strasznieście punktualni, mistrzu.

– Taka to już cecha tego mojego cechu. A jeśli idzie o czekanie, to byłem tu na niedługo przed wami.

– Cieszy mnie to.  U nas, widzicie, jak nigdzie indziej ceni się czas i punktualność. Czas to w końcu pieniądz, jak mawiał król Dezmod, targując się z kostuchą o ostatnie chwile życia.

– Święta racja. Ruszamy więc, panie Tybaldzie?

– Ruszamy.

Skierowali wierzchowce ku Bramie Bednarskiej, przepychając się przez wzrastającą wraz z wysokością słońca na niebie ciżbę ludzi. Za murami miasta zrobiło się zrazu przestrzenniej, rzednące po ich bokach zabudowania w końcu całkiem zanikły. Otwarła się przed nimi pochylona ku południu polana porośnięta trawami i krzewinkami wśród których przeważały wrzosy, werbeny oraz mirty. Jej daleki, północny kraniec ograniczało rumowisko skalne przetykane nielicznymi zbiorowiskami świerków i jodeł.  Zarówno jednak rumowisko, jak i znajdujące się za nim odległe Góry Smocze pozostawały poza zasięgiem wzroku, nawet wiedźmińskiego. Przeszkodą tym razem nie była ściana deszczu, a podnoszącą się mgła.

– Zdążyłem zapomnieć, że tu cały czas utrzymuje się ta psia pogoda – mruknął posępnie Vesemir.

– Tylko przez niecałe trzysta sześćdziesiąt pięć dni w roku. Bywaliście wcześniej w Kovirze?

– Dwa, trzy razy. Ale od tego czasu zdążyło już upłynąć nieco wody w Buinie. Po raz pierwszy przyjechałem tu, hmm… Ech, zaraza, mniejsza o daty. Rządzili tu wtedy pierwsi Trojdenidowie, którzy zdaje się jeszcze pamiętali o seniorze w Tretogorze, choć już wtedy ta pamięć wydawała się słabnąć, i to po obu stronach. To było jakoś w czasach drugiej fali wielkiej emigracji na Północ. Gdzie zaś kolonizacja, tam robota dla wiedźmina. Zdarzyło się przegnać upiora z lasu, który miał iść pod wykarczowanie, albo zaliczyć wycieczkę po jaskini, w której szukano czegokolwiek do sprzedania na południu. No ale wtedy Kovir dopiero zaczynał stawać na nogi, ludzie ledwo co się dorabiali, więc nie dane było mi się specjalnie wzbogacić.

– Trudno się nie zgodzić. Kiedyś tu rzeczywiście było gówno, dupa i kamieni kupa. Ale ciekawscy zaczęli pod tę kupę, kamieni rzecz jasna, zaglądać i proszę! Chyba tylko krasnoludzki Mahakam nas prześciga w wydobyciu kruszców.

Wysłana odcieniami zieleni, fioletu i żółci polana kończyła się przechodząc łagodnie w bór. Gościniec zakręcał niewielkim łukiem ku południu.

– Mgła, że oko wykol, ale przynajmniej nie leje. Może jakimś cudem pogoda do końca dnia się nie zepsuje i jeszcze przed zachodem będziemy mogli dotrzeć do przeprawy.

– Jak zasadniczo wygląda dalsza droga? Uciążliwa?

– Tylko przy końcowym etapie. Lan Exeter, jak pewnie wiecie, zbudowane zostało na poprzecinanych kanałami płyciznach i wysepkach, znajdujących się w ujściu rzeki Tango. Miasto otacza więc najpierw woda, a dalej moczary, które ciągną się wzdłuż brzegów rzeki w jej dolnym biegu. Prawdopodobnie przyjdzie nam trochę pokluczyć.

– Nie osuszacie tych bagien? W końcu wiedzie przez nie szlak do stolicy.

– Na początkowym etapie osadnictwa osuszano małe obszary, na tyle, by można było założyć osadę lub zacząć uprawiać areał. Ale później, gdy odkryto, że tutejsze ziemie obfitują w inne bogactwa, to mokradła zostawiono w spokoju. Zwłaszcza, że druidzi i niektórzy czarodzieje podnosili tumult, że w ten sposób niszczy się naturalne środowisko, czy coś takiego. A główny ruch do miasta i tak odbywa się nurtem rzeki, bądź przez zatokę.

– Wielceście zorientowani.

– Cóż – rzekł wolno Tybald – powiedzmy, że moja służba wobec mości Edgara opiera się w dużej mierze na byciu dobrze poinformowanym.

Zrazu mi zalatywał jakimś szpiclem, pomyślał Vesemir, nie mogąc powstrzymać się od zmarszczenia twarzy w grymasie. Trza mi będzie ostrożniej ważyć słowa.

Tybald najwidoczniej zauważył niespecjalnie krytą niechęć wiedźmina, bo zaraz się żachnął:

– No, po waszej minie widzę, że gotowiście mnie zaraz nazwać szpiegiem. A cóż zdrożnego i szkodliwego jest w gromadzeniu wiedzy?

– Nie moja to rzecz. Choć rad byłbym, gdybyście podobną postawę przybrali wczoraj, gdym chciał wypytać was o szczegóły nocnych eskapad waszego pana.

– Aż tak was to interesuje?

– Do biesa, co wy myślicie, że pytam z zdrożnej ciekawości? Że gęsiej skórki dostaję, jak myślę o tym, co ten wasz Edgar wyprawiał w kwiecie paproci w noc Belleteyn?

– Wybacz mi mistrzu, ale dopóki istnieje szansa, że zdjęcie klątwy będzie możliwe bez udzielania zbędnych i w sumie mało ciekawych informacji, to niestety muszę odmówić.

– Wcale znana mi śpiewka, panie Tybaldzie.

Teren stopniowo się obniżał, a las rzedł. Świerki, sosny, modrzewie i jodły były powoli wypierane przez olchy, brzozy i jesiony. Gdy dotarli na skraj bagien, słońce znajdowało się już po południowej stronie nieba. Grunt pod kopytami koni zrobił się grząski, mgła zaś zgęstniała na tyle, że po chwili stracili praktycznie orientację w terenie. Po ujechaniu niecałego stajania Tybald wstrzymał ogiera.

– Szlag by to – powiedział rozglądając się na boki.

– Nie znacie drogi?

– Tylko orientacyjnie. Ale na bagnach i bez mgły łatwo się zgubić, a to co dzisiaj się dzieje…

– To dlaczego nie wybraliście innego szlaku? – spytał nieco zirytowany Vesemir. – Oprócz tego, że możemy się zgubić, to tu zapewne czyhają na podobnych nam różne stworzenia. Niekoniecznie przyjazne.

– Żeby obejść bagna i dotrzeć do górnego biegu rzeki musielibyśmy nadłożyć co najmniej dwa dni jazdy. A co do potworów, to krążyły pogłoski, ale pomyślałem…

– Że macie wiedźmina, który utoruje wam krótszą drogę – dokończył zimno wiedźmin. – Aż tak wam się spieszy? Przyznajcie no panie, mości van Dijk obiecał dużą premię dla tego, kto pierwszy sprowadzi pomoc dla waszego łabędzia?

– Zaprawdę, wy wiedźmini powinniście płacić rozmówcy podatek od cynizmu – powiedział wcale cynicznie Tybald.

Przyszło by ci pogadać z Geraltem, pomyślał Vesemir, to by ci te pieniądze kulfonem wyszły. Od złośliwego komentarza się jednak powstrzymał, nie chciał szargać powagi swego wieku.

– Zdaje się, że się mgła obniża – stwierdził z nadzieją w głosie Tybald. – A przynajmniej w tamtym kierunku.

Skierował skarogniadego konia w miejsce, gdzie nieprzejrzysta zawiesina częściowo się rozrzedzała, gdzie było widać przebijające się przez nią promienie światła. Vesemir od razu wyczuł pismo nosem.

– Ani kroku dalej.

– Co wy znowu?

– Wracajcie, ale to już! – powiedział głosem, który wręcz zmuszał do usłuchania.  – Nie podoba mi się to. To nie jest zwyczajna mgła.

– A jaka niby?

– Nienaturalna. Nie dziwi was, że rozstępuje się akurat w tym konkretnym miejscu? Wracajmy skąd przyjechaliśmy. Nadłożymy drogi, trudno.

– Takimi znawcami się mianujecie, a boicie się magicznej mgły? Co z was za wiedźmin? Gdzie wasz słynny profesjonalizm?

– To właśnie profesjonalizm nie pozwala mi stwarzać głupiego ryzyka – wytłumaczył niecierpliwie Vesemir, który zsiadł z konia i odtroczył spod siodła podłużny, owinięty skórami pakunek.

Tybald, nie mogąc przemóc ciekawości, obserwował obróconego do niego plecami wiedźmina. Zdawało mu się, że wyłowił spod pakunku błysk metalu. Po chwili, wiszący na plecach bastard został zastąpiony innym mieczem. Zanim broń schowała się do pochwy, Tybald, pomimo gęstej jak mleko mgły, dostrzegł na całej długości klingi srebrne refleksy. Vesemir dosiadł siwkę i zrównał ją z ogierem. Pobłyskująca srebrem głowica miecza przedstawiała wyszczerzone we wszystkie strony świata wilcze pyski. Mężczyzna obdarzył wiedźmina zaniepokojonym wzrokiem.

– Sprawa jest aż tak poważna…

– Aż tak. Jak mówiłem, nie możemy kontynuować drogi przez bagna. Zwłaszcza, że nie wiemy którędy iść. Postaram się nas stąd wyprowadzić po śladach kopyt. Jeśli będzie trzeba, zrobię użytek z miecza. Ale wolałbym, żeby do tego nie doszło.  Z czymś takim trudno walczyć.

– Wasz amulet… – zauważył lękliwieTybald.

Vesemir potwierdził skinieniem głowy. Wibracje medalionu odczuwał już od jakiegoś czasu, teraz jednak miał wrażenie, że do końca łańcuszka nie jest przymocowany kawałek metalu, a uwięziony wróbel. Na skwaszonej twarzy mężczyzny malowało się bezgraniczne skupienie, które w połączeniu z jego zmarszczonymi brwiami i wąsiskami nadawało mu wyjątkowo surowego oblicza. Można było odnieść wrażenie, że sam widok jego grobowej miny byłby w stanie wybić potencjalnemu potworowi wszelkie głupie pomysły, w tym chociażby stanięcia mu na drodze. Wiedźmin ruszył siwką w stronę, z której przybyli. Tybald trzymał się tuż obok niego.

Nie ujechali stu kroków, gdy skarogniademu udzieliła się panika. Koń prychał, rzucał łbem, odmawiał dalszego chodu drobiąc nogami.  Klacz, choć również zdradzała objawy zaniepokojenia, okazała się jednak bardziej opanowana. Vesemir zbliżył się do ogiera, złożył palce w Znak Aksji i nakreślił nim nad łbem konia kilka kręgów. Końskie ślepia zmętniały, a sam wierzchowiec uspokoił się. W tym czasie mgła zdołała jednak przybrać na sile, pole widzenia ograniczyło się do niespełna trzech kroków. Wiedźmin zsiadł z kobyły, kiedy upewnił się, że ślad kopyt się urwał, polecił to samo Tybaldowi. Podał mu wodze siwki.

– Dalej tak podróżować nie lza. Upilnuj koni. Twój dostał Znakiem, więc powinien być spokojny, może nieco otępiały. Siwka raczej nie będzie wariować, ale nie chcę tracić energii na kolejne zaklęcie. Ściągnę jego wolę na siebie, ty zaś nie wykonuj gwałtownych ruchów, ogranicz nawet myśli. Odejdę stąd na chwilę… może dłużej. W każdym razie powinienem wrócić, gdyby się jednak coś stało, idź w przeciwnym kierunku, staraj się nie zbaczać z kursu. Mgła będzie cię mamić i zwodzić, nie zwracaj na nią uwagi.

Tybald był blady jak płótno, ale najwyraźniej jeszcze trzeźwo rozumował, bo skwapliwie przytaknął. Vesemir poprawił pas z mieczem i ruszył tam, gdzie mgła pozornie ustępowała. Po zrobieniu jakichś pięćdziesięciu kroków uklęknął, wysunął miecz z pochwy. Przejrzał pokrytą runami klingę, po czym ułożył ją na udach. Zamknął oczy, które obecnie i tak wiele mu nie pomagały i przestawił się na pozostałe zmysły. Po chwili wilczym medalionem mocno szarpnęło, a wiedźmin wyczuł obecność obcej istoty.

Otworzył źrenice, zobaczył jak mgła przybiera fantazyjne kształty. Z trzech stron zaczęły zbliżać się do niego niewyraźnie zarysowane, eteryczne postacie. Wiedział, że czwarta zachodzi go od tyłu. Gdy dziwne obłoczki znalazły się w odległości sześciu kroków, Vesemir złożył odpowiednio palce u lewej dłoni i zaczął kreślić nią powoli Znak Aard. W przegubach i palcach poczuł silne mrowienie dające znać o gromadzonej mocy. Przezroczyste postacie już znacznie się zbliżyły, wiedźmin uniósł się nagle szybko z kolan, kończąc jednocześnie Znak i posyłając całą energię zaklęcia ku ziemi. Fala uderzeniowa potężnie odbiła się od podłoża, popełzła błyskawicznie po powierzchni we wszystkie kierunki. Rozbryzgła się zaległa w gruncie woda, podleciały wysoko uschnięte liście i pyłki.

Trzy widoczne obłoczki rozprysły się, nie zostawiając po sobie większego śladu. Vesemir obrócił się w półpiruecie do tego za plecami, zabezpieczając się przezornie cięciem na odlew. Mgła rozmyła się nieznacznie odkrywając pokraczną, na wpół materialną kreaturę o świecących ślepiach. Choć ostrze nie napotkało żadnego oporu, fala telekinetyczna wytrąciła mglaka z równowagi. Vesemir skoczył ku niemu młynkując mieczem. Świst srebrnej klingi zawibrował metalicznie w powietrzu. Rozproszona siła Znaku nie zdołała jednak oszołomić potwora na długo. W ostatniej chwili zdążył się zdematerializować w kłąb dymu.

Wiedźmińskie srebro  przecięło opary mgły, zabłysły runy zdobiące broń. Będąca jeszcze niedawno mglakiem chmurka zakotłowała się i rzuciła w bok, tracąc na chwilę maskujące właściwości. Nim stwór zdążył się podnieść, Vesemir dopadł do niego, przygniótł mu szyję buciorem i wraził sztych ostrza w rozwartą paszczę. Poczekał, aż ustały konwulsyjne drgawki i wytarł nieczystości z miecza o truchło. Następnie wsparł ręce na biodrach i odetchnął. Zaraza, pomyślał, chyba zaczynam dziadzieć. Odsapnę zdeczko i wracam do Tybalda, pewnie zdążył się już nieźle najeść strachu. I dostać od niego wzdęć.

Tybald istotnie ledwo utrzymywał się na nogach. Choć przez pogodę absolutnie nic nie widział, mgła sprawiała, że odgłosy walki rozchodziły się z niezwykłym, upiornym wręcz efektem. W pewnym momencie mężczyzna chciał wskoczyć na gniadosza i popędzić wariacko przed siebie, byle dalej od tego mrożącego krew w żyłach echa. Przed ucieczką powstrzymywały go jednak  ścierpnięte ze strachu członki oraz, bądź co bądź, wyrzuty sumienia. W końcu to on, powodowany chęcią zarobku, chciał egoistycznie skrócić trasę do Lan Exeter. To on, korzystając z obecności wiedźmina, chciał przeprawić się jego kosztem przez Morańskie Mokradła, które cieszyły się równie złą sławą, co ich mieszkańcy. A wszystko to dla pięćdziesięciu bizantów premii, które wydawały mu się w obecnej sytuacji wyjątkowo śmieszną i niewartą splunięcia kwotą. Jeśli bogowie pozwolą nam z tego wyjść, pomyślał, oddam te pieniądze wiedźminowi. A w każdym razie połowę.

Mgła zaczęła równomiernie, stopniowo opadać. W jej oparach zamajaczyła niewyraźna sylwetka, która zbliżała się do Tybalda i niespokojnie prychających wierzchowców. Mężczyzna przełknął ślinę i wytężył zmęczony wzrok. Choć sylwetka przypominała bardziej człowieka, niźli potwora, to pamiętał o przestrogach wiedźmina o mamiącej i zwodzącej mgle. Nadchodząca postać przybrała kształty średniego wzrostu mężczyzny. W końcu Tybald rozpoznał znoszoną przeszywanicę wzmocnioną miejscami fragmentami utwardzonej skóry i kolczugą. Odetchnął zaś całkiem widząc ozdobioną zmarszczkami i podkowiastymi wąsami siwą głowę, nad którą górowała misternie wykonana rękojeść miecza.

– Te skurwysyny robią się niemożebnie wredne – powiedział Vesemir klepiąc siwkę po pysku, która zatrzęsła łbem na powitanie.

– I co… Już? – wykrztusił z zaschniętego gardła Tybald.

– Można tak powiedzieć.

– Cali jesteście? – spytał niespokojnie, szukając wzrokiem niepokojących symptomów na ciele wiedźmina.

– Owszem. Potwór ubity, ale to nie znaczy, że jest tu już bezpiecznie. Ta mgła to była widać częściowo jego sprawka. Skoro się rozrzedziła, to powinniśmy w miarę szybko się stąd wydostać. Chyba, że nadal obstajecie przy starej trasie? – wiedźmin znacząco zmarszczył brwi.

– W żadnym razie… – zaoponował Tybald, blednąc przy tym jeszcze bardziej – Zabierajmy się stąd, co rychlej.

– Mądrze powiedziane.

Dosiedli koni i ruszyli z powrotem na wschód, kierując się słabo prześwitującym zza skłębionych chmur słońcem. Mgła nieco ustąpiła, co nie zmieniało faktu, że nadal znacząco spowalniała wędrówkę. Kluczyli wśród mniej podmokłych, wyżej położonych ścieżek, przecinali też całkiem zalane obszary, w których woda sięgała wierzchowcom dobrze powyżej ostróg. Przedzierali się przez szuwary płosząc bagienne ptactwo, w tym czaple, bataliony, żurawie, czy perkozy.

– Mistrzu Vesemirze, raczcie mi wybaczyć – powiedział po chwili milczenia Tybald. – Wystawiłem was bez potrzeby na szwank…

– Ech, ludzie, ludzie… – westchnął stary wiedźmin. – Ciągle kręcicie, chcecie wykpić się jak najmniejszym kosztem myśląc, że my, bez względu na okoliczności, odwalimy całą brudną robotę. Jak nam się uda, to przestrogi z tego żadnej nie macie. Jak nie podołamy, to i nie ma zwykle komu już jej udzielać.

– Uwierzcie mi, ja tę lekcję zapamiętam.

– Ano, zobaczymy.

Wyjechali na wyższy i suchszy teren, zobaczyli las podobny do tego, z którego wyjechali w południe.

– Wygląda na to, że nie pobłądziliśmy zbytnio. Teraz nam na północ trzeba, w górę Tanga. Jak skończą się moczary skręcimy ku rzece i trafimy do którejś z osad. Tam wsiądziemy na korab i popłyniemy do stolicy.

– Mówiliście wcześniej, że podróż się wydłuży.

– Być może zdążymy dojść do wioski do zmroku, ale o tej porze może już nie być chętnych do spławienia nas rzeką. Może też jednak nam przyjść nocować na gościńcu.

– W każdym razie do Lan Exeter zawitamy dopiero jutro. Dzień różnicy, rzeczywiście wielka zwłoka! – zadrwił nieco gorączkowo Vesemir. – Musiała rzeczywiście wam się opłacać ta trasa przez mokradła.

Tybald przemilczał uwagę, plując sobie po raz nie wiadomo który w czarną kozią bródkę. Chciał odbiec od tematu, ale ciekawość wzięła w nim górę.

– To na bagnach… Co to było?

– Mglak. Postkoniunkcyjna, magiczna istota. Jak poznać z samej nazwy, wykazuje bardzo ścisły związek z mgłą. Potrafi nią manipulować oraz w miarę możliwości zwiększać jej gęstość i zasięg.

– Coś jak błędne ogniki?

– Błędne ogniki zwykle tylko mylą drogę, sprowadzają ludzi na manowce – wytłumaczył mentorskim tonem Vesemir, zadowolony, że może udzielić komuś pouczającego wykładu. – Same nie robią jednak większej krzywdy, przynajmniej nie bezpośrednio. Inna sprawa, że najczęściej za ofiary ogników podają się wracający z karczmy chłopi, którym we łbie telepie już wtedy na tyle, że do wwalenia się do wykrotu niczyjej pomocy nie potrzebują.  Mglak zaś, jak to drapieżnik, zwabia ofiary do  swego leża, by tam się nimi w spokoju pożywić.

– Mglak… Teraz kojarzę. Ludzie gadają, że żywi się duszami i cieniami. Prawda to?

– Gówna po prawdzie nie widziałem, więc nie mogę niestety tego potwierdzić. Znajdowałem za to ciała, które wyglądały, jakby robiono z nimi bardzo różne i bardzo złe rzeczy, więc kto tam suczego chwosta wie.

– Jest aż tak groźny? – Tybald wzdrygnął się po raz kolejny do całkiem świeżych wspomnień.

– Powiedzmy, że może stanowić wyzwanie. Walka z nim nie należy do łatwych, bo ciężko walczyć z czymś co sprawnie posługuje się iluzją i potrafi rozpłynąć się we mgle. Bez magii nie podchodź. Albo srebra. Srebro wykrywa emanującą od niego energię, dzięki czemu można go nim skrzywdzić, zmusić do przybrania materialnej postaci. A wtedy wystarczy szybkie, wprawne cięcie i jak mawia mój znajomy lekarz wenerolog z Oxenfurtu, a także ornitolog z zamiłowania: „Po ptakach”. No, jeśli nie chcemy spędzić tej nocy pod gołym niebem, lepiej popędźmy trochę te konie.

Jeźdźcy spięli wierzchowce do kłusa, siwka i gniadosz pojechały skrajem lasu, mając po swojej prawej stronie ciemną ścianę drzew, a po lewej – otulone we mgle bagna. Wraz z pokonywaną drogą mokradła zawężały swój obszar, a koryto rzeki zarysowywało się w dolinie coraz wyraźniej. Gdy słońce nabrało czerwonych barw i skryło swą dolną połowę za horyzontem, mężczyźni zobaczyli przez mgłę kontury położonej nad brzegiem wioski. Po krótkim czasie wjechali pomiędzy drewniane chaty rybaków, flisaków i szkutników.

Uwijająca się w pracy ludność powoli przymierzała się do zakończenia dnia. Opuszczone i przycumowane do brzegu łodzie potwierdzały ich wcześniejsze obawy o konieczności odłożenia wyprawy do Lan Exeter do rana. Vesemir zsunął się z siodła i podszedł do siedzącego przed chatą starego mężczyzny, który zajmował się sprawianiem ryb. Wokół niego walały się zeskrobane łuski, płetwy i niepotrzebne wnętrzności. Pod nogami starca kicał szary kotek, bawiący się rybim pęcherzem.  Dziadek pogwizdywał z cicha i próbował drżącą ręką obłuskać karasia. Szło mu niesporo, mały nożyk ześlizgiwał się po skórze ryby. Staruszek mruknął pod nosem parę krótkich, ale dosadnych słów na temat starości i całej rodziny karpiowatych, co pomogło mu nieco zapanować nad dłonią.

– Witajcie – pozdrowił dziadka Vesemir.

Staruszek podniósł wolno głowę, poprawił słomiany kapelusz i popatrzył na nich, jakby dopiero co ich zauważył.

– Hę?

– Szukamy miejsca do spoczynku. Macie tu jaką gospodę, dobry człowieku?

– Aaa… podróżni, ta? Ano… jest taka mała oberża, głównie dla flisaków, co tu się zatrzymują w drodze do stolicy. Miejscowi prawie w niej nie przesiadują. Raz, że tylko czas na pracę w niej tracą. Dwa, że same w niej kłótnie były. Będzie ze dwa tygodnie temu, jak się Bosak z starym Pakoszem za łby wzięli, bo nie mogli dojść porozumienia, kto jest królem rzeki – sum, czy szczupak.

– I na kogo wyszło?

– Ciężko powiedzieć – zamlaskał dziadek. – A gospoda to, o tam!

– Dzięki, zostańcie z bogami.

– A i wy zostańta.

Gospodą okazała się drewniana chałupa rozlokowana nieopodal pomostu. Gdy weszli do środka, uderzył ich zapach stęchłych ubrań, smażonej ryby oraz szlamu. Swoiste ciepełko bijące od paleniska i wyziewów flisaków tylko wzmagało niemiłą woń, ale co ważniejsze – dawało schronienie przed zimnem. Tybald uparł się, by pokryć koszta wieczerzy oraz noclegu. Jak twierdził:

– Głupio i nierozsądnie byłoby wydawać własne pieniądze, gdy moi mocodawcy zapewnili mi jako takie środki na podróż. Co prawda, pan Albrecht van Dijk to straszna sknera i nie dał zbyt wiele, uważając, że skromna sakiewka będzie działała z korzyścią na prędkość podróży i całej misji. Nie mniej, jako człowiekowi przedsiębiorczemu, udało się zostawić co nieco na czarną godzinę. A, że to nasza ostatnia prosta, można je bez żalu wydać. Tego, co by zostało i tak nie mógłbym zachować dla siebie.

Postępując zgodnie z logiką i rozumowaniem Tybalda, zamówili półmisek wędzonych miętusów i smażonych węgorzy, a także gąsiorek wódki, by ryby miały w czym pływać. Gdy karczmarz rozkładał jedzenie na ławie, wiedźmin pochylił się ku niemu.

– Nie zdarzały się u was ostatnio zaginięcia na moczarach w dolnym biegu rzeki? Nie przepadali po nocnych połowach rybacy?

– Ekhm… – chrząknął karczmarz, przyglądając się jego mieczowi i zwisającemu z szyi medalionowi. – Cosik się na bagnach rzeczywiście niedobrego zalęgło, bo z miesiąc temu wybrali się tam po torf  synowie od wdowy Irmy. Teraz bidulce czerń po własnych dzieciach przyszło nosić. Miejscowi skrzyknęli się, żeby ich znaleźć, ale mokradła duże, a strach do tego, że…

– Sołtys coś z tym zrobił? Nagrody za zabicie stwora nie wyznaczył?

– Wżdy to już nie jego teren. Nad prawie całym dolnym biegiem Tanga, w tym dość dużej części Morańskich Mokradeł, panuje rada miejska, a nad nią to już burmistrz. No i miłościwie panujący król Baldwin rzecz jasna. Jeśli chcecie się tym zająć to do nich wam trza.

Kiedy karczmarz odszedł, Tybald spojrzał na wiedźmina z aprobatą.

– Sam wam miałem poradzić, by poszukać kogoś, kto by zapłacił za tego diabła z bagien. Ale widzę, żeście sami to roztropnie wykalkulowali.

– Dziękuję za troskę. Z ciekawości, ile byście wzięli za pośrednictwo w znalezieniu pracodawcy? Dwadzieścia procent?

– Nic bym nie wziął – odparł całkiem niezakłopotany Tybald. – W końcu życie mi zratowaliście. A wy, mistrzu, nie obruszajcie się tak, że próbuję zarobić. Trzeba być szczwanym jak lis.

– Lis nie wdrapie się na drzewo – mruknął wesoło do wspomnień Vesemir.

– Jakie znowu drzewo?

– Ech, nieważne – westchnął wiedźmin przepijając miętusa wódką.