Wiedźmińskie

Siedliszcze

Łabędź z Poviss – część I

Łabędź z PovissConcept art z gry Wiedźmin 3: Dziki Gon

Rok 1211. Przez zimne i deszczowe królestwo Koviru i Poviss podąża szlakiem Vesemir – wiekowy mistrz wiedźmińskiego cechu, preceptor Geralta z Rivii i jeden z ostatnich członków starszyzny Szkoły Wilka. W Lan Exeter, mieście na wodzie i zimowej stolicy Koviru, przyjdzie mu się podjąć zdjęcia tajemniczej klątwy z Łabędzia z Poviss. Zapoznajcie się z pierwszym fragmentem opowiadania opartym na jednym z słynniejszych zleceń Vesemira z Kaer Morhen.

Skurwysyny napadły na Warownię i wymordowały wszystkich, którzy tam wówczas byli. Doliczyłem się piętnastu otroków, w tym trzech po Trawach i Zmianach. Według moich rachunków brakuje dwóch, nigdzie nie mogę znaleźć ich śladów. Wątpię, żeby udało im się uratować, choć chciałbym się mylić. Z  dorosłych i nauczycieli zginęli Varin, Beldam, Cadeyrn, Ansgar, Vukmir i Longin. Innych nie byłem w stanie rozpoznać. Starszyzna przestała właściwie istnieć, prócz mnie ostali się tylko Egon i Baldur. Ci pewnie jeszcze o niczym nie wiedzą, z tego co pamiętam mieli udać się do druidów z mayeńskiego Kręgu, by zdobyć komponenty do mutacji. Fanatycy rozprawili się też z magami rezydentami. Hieronymusa znalazłem w chaszczach pod jego wieżą, zginął od upadku. Arcavius bronił dostępu do lochów, zawalił wejście zabijając siebie i wszystkich, którzy próbowali się tam dostać. Nawet jeśli laboratoria jakimś cudem zostały nienaruszone, to stworzenie nowych wiedźminów zajmie dużo czasu. Kaer Morhen nigdy nie będzie już takie same. Straciliśmy łącznie około trzydziestu ludzi. Ciała uprzątnąłem i spaliłem za murami twierdzy. Zostały tylko te w fosie. Coś mnie powstrzymuje przed zabraniem ich stamtąd. Uważaj, nie daj się zabić. I nie mam na myśli potworów. 

List Vesemira do nieznanego z imienia wiedźmina

Otwarcie potępiamy napaść na Kaer Morhen, w której zginęła znaczna część wiedźminów cechu Wilka. Choć Szkoła Wilka istotnie ignorowała nasze ostatnie prośby o poddanie się pod naszą kontrolę (co wynikało wyłącznie z troski o czynione tam procedery), to wyżej wspomniany pogrom nie powinien mieć miejsca i był całkiem rozbieżny z interesem Kapituły. Jednocześnie zaprzeczamy o udziale członków Bractwa w owej zbrodni. Wszystkie osoby parające się magią, które przyłożyły rękę do zniszczenia Kaer Morhen i wymordowania jej mieszkańców, były wykluczonymi renegatami. Na ręce żyjących członków wiedźmińskiej szkoły Wilka składamy wyrazy ubolewania.

Fragment oficjalnej odezwy Kapituły i Najwyższej Rady Czarodziejów na pogrom w Kaer Morhen

I

Vesemir ściągnął wodze siwej klaczy, stanął w strzemionach i rozejrzał się po porośniętym niskimi krzewami, pagórkowatym, skalistym krajobrazie, zlewającym się miejscami z szarym niebem. W oddali, po jego prawej stronie, piętrzyła się wysunięta ku południu odnoga Gór Smoczych. Obecnie nie dało się jednak jej dostrzec, siąpiący nieustannie deszcz skutecznie ograniczał pole widzenia. Vesemir naciągnął porządniej i tak już przemoknięty kaptur i otulił się szczelniej nie mniej mokrym płaszczem. Cmoknął na siwkę i szturchnął ją piętami po bokach, klacz ruszyła dalej gościńcem będącym mieszaniną błota i żwiru. Pogarszająca się pogoda utwierdzała go w przekonaniu, że zmierza w dobrym kierunku.

Gdy osiem dni temu przekraczał rzekę Braa, wydawało mu się, że wyprawa do Koviru i Poviss to rozsądny pomysł na podreperowanie stanu jego mocno chudego już trzosika. Królestwo rządzone przez Baldwina Thyssena czerpało ogromne dochody z eksportu żelaza, miedzi, cyny, srebra, złota i wszystkich innych kopalin, które skrywane były pod tą niepozorną, jałową ziemią. Korzystając z wywalczonego prawa do nieograniczanego niczym handlu morskiego, urosło do miana najbogatszego kraju Północy. Król i jego poddani wyznawali zasadę świętości handlu i zysku, nade wszystko dbali o płynny przepływ gotówki, którego gwarantem była niezakłócana niczym praca kopalń. Vesemir podejrzewał, że za oczyszczenie którejś z nich z naprzykrzającego się górnikom niemilca mógłby dostać sporo bizantów, i to bez specjalnego targowania się z zleceniodawcą, dla którego każda zwłoka oznaczała przecież zahamowanie przychodów.

Do podróży na północ skłoniło go także łagodne podejście mieszkańców tych krain do spraw obyczajowych. Spora część społeczności składała się z ludzi śmiałych i otwartych, takich, którzy nie byli w stanie rozwinąć skrzydeł w położonych na południu państwach. Pod patronatem królów Koviru mogli natomiast wprowadzać w życie swoje nowatorskie pomysły, o których wcześniej nikt nie chciał słyszeć. Liczył się zysk i mało kto zawracał sobie głowę uprzedzeniami wobec przedstawicieli jego cechu. A te, w pozostałych krainach Północy, nadal się utrzymywały, choć od pogromu w Kaer Morhen minęły bez mała trzy dekady. Vesemira przeszedł nieprzyjemny dreszcz, bynajmniej nie od wzmagającego się zimna.

Pamiętał, że pierwsze trupy dostrzegł na Mordowni, motłoch musiał natknąć się na trenujących na niej młodzików. Chłopcy nie mogli mieć więcej niż dwanaście lat. W milczeniu poprowadził konia za uzdę przez jar i otaczający go bór, przechodząc obok leżących bezwładnie ciał. Wielu z nich osobiście szkolił w fechtunku, większości jednak nie rozpoznawał – obrażenia nie pozwalały. W końcu doszedł do fosy otaczającej zamczysko. Nie musiał zaglądać w jej dno, by wiedzieć co tam ujrzy – odór był silny. Klacz zarżała niespokojnie, zagrzmociła kopytami o drewniany pomost. Vesemir nie miał sił jej uspokajać, chciał mieć to za sobą. Przestąpił kupę gruzów, przeszedł przez osmoloną arkadę i poczuł, że coś w nim pękło.

Na środku dziedzińca znajdował się stos trupów wysoki na jakieś cztery łokcie. Tam gdzie nie sięgała spalenizna można było zauważyć bestialsko zadane okaleczenia. Niektóre ciała nie posiadały tylko głowy, inne były samymi korpusami. Wszystkie rany wyglądały na nieczyste, tępe, jakby były zadane prostymi narzędziami – piłami, siekierami, cepami, kosami, sierpami. Prawie wszystkie. Vesemir na łamiących się pod nim nogach podszedł bliżej stosu, zobaczył, że niektóre kości były stopione na tyle, że w grę nie wchodził zwykły ogień. Tu i ówdzie dało się dojrzeć zaschłe, brudno brązowe plamy o dość dużym zasięgu, tak jakby coś rozsadziło kogoś od środka, rozbryzgując przy tym na wszystkie strony jego wnętrzności. Do nozdrzy Vesemira uderzył silny zapach starej krwi. Krwi, która wsiąknęła w ziemię i mury. Miał wrażenie, że ten smród zaraz rozerwie mu głowę. Wrażenie wzmagała przerażająca cisza. Ogarnęła go bezsilna wściekłość, z którą nie był w stanie nic zrobić. Gdybym był tu wcześniej, pomyślał, gdybym był tu wcześniej mógłbym… Nie, powiedział sobie z zaskakującą dla niego trzeźwością. Nic bym nie mógł. Leżałbym teraz tutaj razem z nimi.

Minął makabryczny stos usypany z wiedźminów, zobaczył, że dalej leżą zwłoki całkiem nie wyglądające na byłych mieszkańców warowni. Podszedł do jednego z nich, chudego mężczyzny w brązowym, zakrwawionym habicie. Poznał na jego ciele ślady wiedźmińskiego miecza. Z dłoni wyleciało mu oprawione w skórę tomiszcze, Vesemir nie musiał czytać tytułu, by wiedzieć co to za pozycja. Z skutkami rozkolportowania tego ohydnego paszkwilu, zrównującego wiedźminów z zabijanymi przez nich potworami, zdążył spotkać się już kilka miesięcy temu podróżując przez Królestwa Północne.

Ludzie co prawda nigdy nie darzyli wiedźminów przesadną miłością. Gdyby zresztą tak nie było, to ów wątpliwe dzieło nie zyskałoby takiego rozgłosu. Tymczasem wybrane ustępy „Monstrum, albo wiedźmina opisanie” były wcale często czytywane wieśniakom przez plujących jadem kapłanów, którzy w żaden inny sposób nie byli w stanie zaciekawić pospólstwa do swej religii. Lud chętnie zaś słuchał i przytakiwał głową, bo słowa spisane przez anonimowego autora nadzwyczaj celnie utrafiały w ich wyrażane dotąd po cichu przekonania.

Wiedźminów się bano, a od strachu do nienawiści było bardzo blisko. Niechęć do wiedźminów podsycali także niektórzy czarodzieje, a powody ku temu mieli różne. Jedni robili to z czystej pogardy i odrazy. Inni nie mogli znieść myśli, że taki żyjący z zabijania łachmyta śmie sięgać swymi ukrwawionymi pazurami po magię – dar, który powinien przysługiwać jeno wybranym. Byli też tacy, którzy nie mogli się doczekać by położyć łapy na wiedźmińskich tajemnicach, chowanych skrzętnie w podziemnych laboratoriach, w których dokonywano mutacji na otrokach. Mutageny opracowane z dawna przez legendarnego Alzura budziły w nich nieprzyzwoite pożądanie, jakiego przeciętny żołdak może doznać na myśl o wizycie w zamtuzie.

Vesemir otrząsnął się z deszczu i ponurych wspomnień. Już dawno temu doszedł do wniosku, że rozpamiętywanie tego wydarzenia do niczego nie prowadziło, przynosiło tylko ból, który ani myślał szybko go opuścić. Mimo tego nie mógł zapomnieć. Naturalnie jego zaufanie do większości magów drastycznie spadło, zwłaszcza po niewspółmiernej reakcji Kapituły Czarodziejów. Ta ograniczyła się bowiem do wyrażenia głębokiego ubolewania i ostrej krytyki winnych, w wyjątkowych przypadkach zaś do wykluczenia poszczególnych magów z Bractwa. Dziwnym trafem najcięższe konsekwencje dotykały magów, którzy mieli od dawna na pieńku z poszczególnymi członkami Kapituły i Rady.

Powiedzieć, że decyzja najwyższego organu czarodziejskiego nie zadowoliła Vesemira, to powiedzieć, że zeugl nie pachnie szczególnie ciekawie. Wiedźmin przez krótki czas zamyślał nawet o krwawej zemście na czarodziejach, którzy pomimo grożących im konsekwencji, nie kryli specjalnie faktu przyłożenia ręki do zniszczenia Wiedźmińskiego Siedliszcza. Vesemir porzucił jednak tę myśl, wyparł się jej i zapomniał. Nie chciał dać fanatykom kolejnego powodu, nie chciał nasilić prześladowań. Poza tym, myśl o zimnym mordzie napawała go obrzydzeniem, nawet jeżeli winni znajdowali się w jego mniemaniu na najwyższym szczeblu drabiny skurwysyństwa.

Skupił się na podróży i na tym co dalej. Wobec całego przedsięwzięcia miał bowiem coraz bardziej mieszane uczucia. Zamożność i przedsiębiorczość Kovirczyków, na które tak liczył, okazały się bronią obosieczną. Jeśli w jakiejś kopalni w istocie zalągł się nekker, korred, szarlej, bądź bazyliszek, to zwykle mało kto czekał na wiedźmina. Bo też nie wszyscy byli pewni, że takiego się w ogóle kiedyś doczekają. Pogrom w Kaer Morhen odbił się szerokim echem, zaraz podniosły się nieprawdziwe plotki, jakoby wszyscy wiedźmini szkoły Wilka zostali tam wymordowani. Choć bujda po pewnym czasie przestała być przez kogokolwiek powtarzana, to w niektórych zakątkach świata mocno się zakorzeniła. W każdym razie zarządcy kopalń sami wysyłali ludzi po niewybrednego czarodzieja, bądź zgraną bandę najemników, którzy mogliby usunąć przeszkodę. I usuwali, czasem nie tak jak trzeba, czasem płacąc własnym życiem, ale problem często bądź co bądź znikał – i to za sporą opłatą.

Wiedźmin przechylił się w siodle, za ścianą deszczu, w odległości jakichś dwóch stajań, dostrzegł obrysy zabudowań. Odetchnął spod przemoczonych wąsisk. Popędził siwkę, która miała najwyraźniej równie dość deszczu i wiatru co on. Przez skłębione chmury przezierała blado pomarańczowa łuna zachodzącego słońca. Wkrótce wyłonił się także wyraźny obraz miasteczka położonego w niedalekim sąsiedztwie od przytulonego do zbocza kamieniołomu, z którego wyrastały drewniane rusztowania. Vesemir wjechał w dość gwarne jak na dżdżystą pogodę  przedmieścia, które przepełnione były intensywnie pracującymi hutami szkła. Z pieców kopcił wesoło dym, a przed budynkami kręcili się uwaleni rozmokłym wapnem hutnicy. Wapnem była zresztą utytłana przeważająca część krajobrazu peryferii, wliczając w to również babrzących się w obejściach domów smarkaczy, którzy ociągale reagowali na krzyki matek. Wiedźmin pokonał postawiony nad fosą most i wjechał do miasta przez bramę wbudowaną w wysokie na sześć łokci mury obronne. Podkowy zastukały o wybrukowaną kamieniem ulicę. Rzadko które miasto decydowało się na tak kosztowne przedsięwzięcie.  Ale był w końcu w Poviss, kamienia do budownictwa nie żałowano, bo było go tu też od cholery.

Vesemir minął domy uboższego mieszczaństwa, zatrzymał się przed drewnianą gospodą – na zbudowaną z kamienia mogłoby go nie stać. Wiszący nad wejściem szyld wyobrażał niezbyt wprawnie wyrzeźbionego koziołka, którego rogi przypominały raczej trzecią parę odnóży. Wiedźmin zsiadł i odtroczył od konia podłużny, owinięty w płachty skóry pakunek. Następnie oddał siwkę stajennemu pochłoniętemu dłubaniem w nosie, jak widać przemysł wydobywczy kwitł tu wszędzie. Od parobka dowiedział się także, że mieścina zwie się, a jakże, Szklana Huta. Przestało chwilowo padać. Rychło w czas, pomyślał. Ostatni raz był tak przemoczony, gdy miesiąc temu po wypiciu Białej Mewy spadł ze zbutwiałego pomostu do jeziora, próbując naubliżać okolicznym utopcom, które nie miały jakoś odwagi pokazać się doświadczonemu wiedźminowi. Dobrze, że mnie wtedy Geralt nie widział, skrzywił się do wspomnień, nie miałbym życia w Kaer Morhen.

Wszedł do karczmy i od razu poczuł przyjemne ciepło bijące od sporego paleniska, przy którym grzali się podróżni. Pozbył się przemoczonego płaszcza i momentalnie zwrócił uwagę gości. Nawet na tak dalekiej Północy musiano słyszeć o ludziach, którzy ubierali się w ten sposób, którzy nosili miecz na plecach. Wzrok ciekawskich przyciągał także wiek wiedźmina. Kilka par oczu zatrzymało się na jego pociętej bruzdami twarzy, na której próżno szukać było jednak oznak starczej niemocy. Wręcz przeciwnie, mężczyzna, choć siwy, wydawał się czerstwy i krzepki. Vesemir poczuł na sobie dyskomfortowe spojrzenia, mimowolnie zwrócił ku nim wzrok. Gapie, pod poważnym wyrazem jego przenikliwych oczu wlepili się z powrotem w powałę, garniec kapusty, bądź biust sąsiadki. Wiedźmin podszedł do wąsatego, tęgawego szynkarza, który rzucał mu zaniepokojone spojrzenia. Po barwie jego nosa wywnioskował, że gospodarz nie zwykł wylewać za kołnierz.

– Witam mistrzu, khe-khe, czym służyć?

– Dajcie jakiejś ciepłej strawy człowieku. I piwa.

– Wedle życzenia.

– Znajdzie się wolna izba?

– No, yyy, po prawdzie to… – wydukał oberżysta, zastanawiając się jakby tu uprzejmie spławić wiedźmina, który ewidentnie nie śmierdział groszem.

– Zapłacę – sprostował Vesemir, który zebrał już całkiem sporo doświadczenia w podobnych sytuacjach.

– Aaa, skoro tak. Pewnie panie, pewnie. Coś się znajdzie.

Wiedźmin sięgnął pod skórzany kaftan, wyciągnął srebrny medalion zawieszony na łańcuchu. Przedstawiał wyszczerzoną paszczę wilka.

– Wiecie co to znak?

Karczmarz potwierdził skinieniem głowy, na której pojawiły się krople potu.

– Dobrze. Z kim mogę rozmawiać o pracy?

– Nie wiem panie, czy znajdzie się tu jakakolwiek robota dla takiego, khe-khe, rzemieślnika. Potworów tu nie ma, w kamieniołomie jeśli ktoś ginie, to raczej od tego, że mu coś na łeb spadnie. Ale mówią, że w górach smoka widziano. I to nie byle jakiego, tylko białego całego gadziego syna…

Vesemir tylko ciężko westchnął i podszedł do ławy położonej blisko paleniska. Na blacie były wyryte koślawe obelgi niezbyt taktownie sugerujące profesję matki adresata. Po chwili przyniesiono michę kaszy i kufel piwa. Kucharz pożałował omasty, ale wiedźmin nie wybrzydzał. Po spędzeniu całego dnia w deszczu zjadłby czarta z kopytami. Nasyciwszy nieco brzuch i oblizawszy wąsy z piany, wiedźmin zaczął myśleć nad perspektywami zawodowymi, które nie przedstawiały się zbyt kolorowo. Trzeba było rozumnie zapuścić się w hołopolskie góry i wąwozy, pomyślał. Lud górski co prawda, niebogaty, ale zajęcia by nie brakowało, bo prócz wiedźminów żadni najemnicy nie zapuszczają się w takie zabiedzone odludzia. A jeszcze pewnie przyszłoby spróbować tamtejszej kwaśnicy, baraniny, albo przepalanki… Och, cholera, zachciało mi się kovirskich marek, povisskich bizantów. A tutaj prawie całe jadło zza morza sprowadzane. A i jego nie pojem bo nie mam za co.

Do ławy zbliżył się szczupły człowiek zakryty płaszczem z kapturem.

– Wybaczcie mi panie, ale dobrze widzę żeście wiedźmin?

– Wzrok was nie myli – Vesemir wskazał nieznajomemu miejsce naprzeciwko siebie.

Mężczyzna usiadł i odrzucił kaptur, koścista twarz z ostro zarysowaną szczęką porośnięta była tygodniowym zarostem. Nieznajomy, jak ocenił wiedźmin, mógł mieć jakieś czterdzieści lat.

– Szanowny… – urwał patrząc na niego.

– Vesemirze.

– No proszę – nieznajomy otworzył szerzej zmrużone dotąd bladoniebieskie oczy – nie dość, że udało mi się znaleźć wiedźmina, to jest nim na dodatek Vesemir z Kaer Morhen. Właściwie to powinienem domyślić się tego po waszym wieku mistrzu. Krążą o was legendy.

– A tak, niektóre nawet słyszałem. Ciekawych rzeczy się z nich o sobie dowiedziałem –  skrzywił się pod siwymi wąsiskami wiedźmin. – Na przykład, że pierwszego wilkołaka ubiłem, gdy król Dezmod rżnął jeszcze równo w gacie. Albo, że uczyłem chochliki szczać do mleka na złość nie wywiązującym się z umów zleceniodawcom. Zaprawdę nie wiem, które głupsze.

– Mistrzu Vesemirze – rzekł nieznajomy – do bajęd pospólstwa nie przywiązuje wagi. To co mnie interesuje to skuteczność, a z tego co słyszałem to jest ona naprawdę godna podziwu.

– Myślę, że to najwyższy czas drogi panie, byś mi się przedstawił.

– Wybaczcie, nazywam się Tybald i reprezentuje interesy mojego pana, szlachcica z Lan Exeter. Karczmarzu! – przedstawiciel możnego pana z Lan Exeter odwrócił głowę. – Przestań na chwilę degustować własne trunki i każ kucharzowi przyrządzić nam po kaczce. I do tego antałek piwa. Potem zobaczymy.

– Wedle życzenia, khe-khe, waszmości.

– Mam nadzieję szanowny Tybaldzie, że to nie jest próba podkupienia starego wiedźmina jeszcze przed zawarciem kontraktu – powiedział poważnie Vesemir, chrząknął chcąc przybrać nieco bardziej pojednawczy ton. – Nie obrażajcie się, ale naprawdę rzadko spotykam się z tak wylewną hojnością u swych zleceniodawców.

– Co też wy… Słyszałem ja o dumie wiedźminów, ale nie sądziłem, że możecie być aż tak na te sprawy wyczuleni. To jest tylko znak dobrej woli. A jedzeniem chcę umilić opowieść, która będzie wstępem do zawarcia kontraktu.

– Dziękuje zatem. Mówcie więc o co chodzi, bo po okolicznościach sądzę, że problem jest nadzwyczajny, skoro dowiaduję się o nim od specjalnego wysłannika, a nie od karczmarza choćby.

– Bo problem jest wyjątkowo nadzwyczajny i wyjątkowo delikatny. Ród mego pana nie chce, by gadały o niej baby przy studni i nietrzeźwi karczmarze – skonstatował chłodno Tybald zerkając na właściciela gospody stawiającego na ławie antałek piwa. – I od ciebie panie również oczekuje się dyskrecji.

– Przejdź pan do rzeczy, panie Tybaldzie.

– Słusznie. Mój pan, szlachetny rycerz Edgar z Lan Exeter został dotknięty klątwą, która dość znacznie wypaczyła jego wygląd.

– W co dokładnie wypaczony został ów Edgar? Wilkołaka? Żabę? Żuka gnojarza?

– W łabędzia – odrzekł spokojnie mężczyzna.

W tym momencie nadszedł tęgawy szynkarz, postawił przed każdym z nich gliniany talerz z wypieczoną dobrze kaczką. Vesemir wpatrzył się w drób z grymasem na twarzy.

– Chyba lepiej byłoby zamówić wieprzowinę.

– Żarty na bok, jak powiedział król Dezmod, gdy wśród uczty goście nagle zaczęli sinieć i umierać – uśmiechnął się pod nosem wysłannik.

– Przyznam, że sprawa jest niecodzienna. Klątwa ma zwykle upokorzyć ofiarę, sprawić by wzbudzała w innych odrazę. Łabędź tedy wydaje mi się dość mało szkodliwą postacią – powiedział Vesemir nasączając na przemian wąsy to kaczym tłuszczem, to pianą piwa.

– Myślę, że mój pan miałby w tej kwestii nieco inne zdanie, mistrzu Vesemirze. W każdym razie sprawa powinna zostać szybko rozwiązana, aby wieści nie dotarły do osób, których intencje wobec mości Edgara są raczej dalekie od przyjaznych. No i rzecz jasna dla samego dobra pokrzywdzonego. Boimy się, że to może mieć nieodwracalne skutki.

– Obawa niebezpodstawna. Powiedzcie mi wszystko co wiadomo o klątwie, od początku jeśli łaska.

– Początek miał miejsce dwa tygodnie temu, w święto Belleteyn. Pan zniknął jeszcze przed rozpoczęciem zabaw, mówiono, że wziął gondolę i popłynął samotnie kanałem na północ. Pan już wcześniej znikał bez uprzedzenia, zwykle na dzień, czy dwa, zresztą nikomu się też z tego nie tłumaczył. Od święta minęły dwa dni, większość ludzi zdołała już wytrzeźwieć, a on ciągle się nie zjawiał. Przyleciał za to łabędź. Wylądował kuprem w kanale i zaczął pływać w te i nazad. Służba się trochę dziwiła, bo co za ptak chciałby pływać w tym gównie. Więcej tam pomyj i szczyn niż wody, mimo tego, że czarowniki oczyszczalnię stworzyli. Wracając do rzeczy, nikt sobie głowy ptakiem nie zawracał, aż ten wystartował w powietrze i zaczął walić jak głupi w szyby sypialni mości Edgara. Gdy w końcu się znudził, zaatakował czeladź, a jednej dziewce próbował nawet rozsupłać sznurowania na cyckach. W końcu go złapali i już chcieli kucharzowi zanosić, jak nagle któregoś coś tknęło… Mości Edgar, mistrzu Vesemirze, każde oko miał innego koloru – jedno niebieskie, drugie piwne. Takoż miał ten cały łabędź. Ludzie wpierw zgłupieli, ale zdecydowali się w końcu zanieść go zarządcy majątku – panu Albrechtowi van Dijkowi. Ten nie zna się na żartach, więc najpierw zelżył ich jak bure suki i zaczął zabierać się do rozdawania batów za zawracanie dupy głupotami. Ale najwidoczniej i on coś dojrzał w tym łabędziu, bo kazał posłać kogoś po cichu do czarodzieja Stregobora, który akurat rezydował w mieście. Mistrz po trzech dniach pozwolił łaskawie, by przyniesiono mu naszego pana. Do środka wpuścić nikogo więcej naturalnie nie pozwolił, wziął go na może na pół godziny, po czym rzekł, że owszem, łabędź nosi znamiona klątwy i niewątpliwie ktoś tam siedzi, ale on się zdjęcia klątwy nie podejmie, bo nie ma czasu. Zaczął bredzić coś o bobołackich legendach, zaćmieniu Słońca i przyjściu jakiejś suki Lilith. Ech panie, trudno tego słuchać było. On też zresztą długo nie gadał, bo spojrzał na nas z jakąś taką bezbrzeżną pogardą i zatrzasnął się w wieży.

– Trzeba przyznać, że bardzo to po czarodziejsku – powiedział Vesemir ogryzając kacze kości.

– Widzę, że nie darzycie ich szczególną sympatią?

– Nie. Nie darzę – uciął krótko. – Rozumiem, że od tamtego czasu cała rzecz stoi w miejscu?

– Niestety. Do magów się nieco zraziliśmy, zresztą chwilowo w Lan Exeter żadnego innego nie ma. Zaczęliśmy szukać po cichu innej pomocy. I tak trafiłem na was.

– Nie podejrzewacie nikogo? Wspominałeś wcześniej, panie Tybaldzie, że niektórzy źle życzyli mości Edgarowi.

– Nic szczególnego, jak to człowiek człowiekowi. Zresztą jakby ktoś chciał memu panu poważnie zaszkodzić, to raczej nie cackałby się z jakimiś łąbędzimi klątwami. Są bardziej konkretne sposoby. Zatrucie pokarmowe. Upadek ze schodów zakończony złamaniem trzech kości. Nieszczęśliwe utonięcie w kanale.

– A nie macie pomysłu dokąd, a raczej do kogo, ów Edgar wybierał się późną porą gondolą, znikając na całe dnie? – spytał wiedźmin znacząco spoglądając na rozmówcę spod krzaczastych, siwych brwi.

– Mistrzu Vesemirze… On dorosły człowiek, w dodatku pan, co nam do tego – wzruszył ramionami Tybald.

– To może mieć związek.

– Może ma, a może nie ma. Zależy nam na zdjęciu klątwy, nie na wywoływaniu skandalu. Wszystko co miałem powiedzieć, powiedziałem. Podejmujecie się tego?

– Owszem, podejmę się. Ale na początku chciałbym dowiedzieć się czegoś o honorarium.

– Nie zostaniecie ukrzywdzeni. Jeśli wam się uda, dostaniecie czterysta bizantów.

– Zgoda – odparł po namyśle Vesemir. – Możemy wyruszać jutro po świtaniu, zaraz i tak zmierzchać będzie.

– Niech będzie. Lan Exeter leży dzień drogi stąd, przy takiej pogodzie może i ze dwa. Będę czekał przy Bramie Bednarzy, wychodzi akurat na zachodni gościniec. Ja załatwić muszę tu jeszcze kilka spraw. Bywajcie – Tybald wstał i wychodząc z gospody nasunął z powrotem kaptur na głowę.

Znowu padało. Vesemir pogładził wąsy, zasępił się. Z zleceniami dla możnych zawsze są kłopoty, pomyślał. Wymagania mają duże, ale sami nie kwapią się z wyjaśnieniami, nie chcą, by jakiś wiedźmin przybłęda pchał nos w ich sprawy. Nawet jeżeli mają one bezpośredni związek z istotą problemu. Mówią tylko tyle, żeby wiedźmin wiedział, w którą stronę ma obrócić miecz. Dopiero później okazuje się, że sprawa ma drugie, albo i trzecie dno, które bezsprzecznie wykracza poza zakres działalności wiedźmina. Po wszystkim zwykle występuje zaś niekryte niezadowolenie z efektów jego starań, które objawia się szczuciem psami, straszeniem katem, albo wilgotną, zimną celą. Nie wspominając już o braku jakiejkolwiek zapłaty. Vesemir nie miał jednak wielkiego wyboru, a zapas sakiewki niebezpiecznie się skurczył. Mógł jeszcze tydzień wałęsać się po drodze z nadzieją na pracę, ale co dalej? On był przyzwyczajony do dłuższego postu, jego koń – nie.

Wiedźmin dopił piwo, powiedział karczmarzowi, by zaprowadził go do izby. Zamknął za sobą drzwi, rozpiął przerzucone przez ramiona pasy podtrzymujące schowany w pochwie miecz. Ułożył się na sienniku przyciskając skórzany pakunek do boku. Uspokoił oddech, przymknął powieki i wprowadził się w sen ignorując stukające o szybę krople deszczu i dziki wizg szalejącego wiatru.

Poznaj II część „Łabędzia z Poviss”

  • 4kever

    Nie mogę się doczekać kontynuacji. 🙂

  • Darkdarius

    Ten pierwszy fragment jak czytałem, słyszałem w głowie głos Vesemira. ;_;

    Super podoba mi się, będzie co poczytać do poduszki.

  • SMiki55

    Jeszcze nie przeczytałem, powiedzcie szybko czy Łabędziem jest Rhyd xD
    https://witcher.gamepedia.com/Rhyd

    • Gerwant

      Natknąłem się w trakcie pisania na twój fejkowy opis nowej książki o Vesemirze i wolałem nie wykorzystywać tego samego motywu xD W sumie to mi nawet do głowy nie przyszedł ten Rhyd.

      • SMiki55

        Ależ byłbym zaszczycony widząc moje idee rozpowszechniające się po fandomie. Mongolscy Haakowie nawet u Redów już się przyjęli xD

        • Gerwant

          Nie przeczę, pomysł jest ciekawy, ale chyba za bardzo rozbudowany jak na krótkie opowiadanie. Zwłaszcza dla takiego początkującego jak ja. Wolę za bardzo nie kombinować xD
          Będą jeszcze jakieś dwie części podobnej długości, z czego następna wyjdzie na dniach. Później zobaczę jak się całość przyjmie. A tak w ogóle to daj potem znać co myślisz 😛

          • SMiki55

            No nie musisz przecież Przewrotu opisywać, dzieli go od roku odczarowania Łabędzia jakieś kilka lat :>
            Przeczytać postaram się wieczorem.

      • Pan Reuven

        Twojego autorstwa, Panie Gerwant? Najs 😀